poniedziałek, 8 lutego 2021

KULTURALNY STYCZEŃ



Pierwszy miesiąc 2021 roku już za nami. Przyznam, że po tym fatalnym 2020 roku, ten rok zaczął się bardzo miło. Za mną sporo filmów, seriali i książek. Dlatego postanowiłam podzielić się swoim podsumowaniem kulturalnego stycznia. 


Książki


Na początek książki. W tym miesiącu przeczytałam cztery pozycje (w tym jednego audiobooka). O moich recenzjach książkowych można przeczytać więcej na Instagramie, ale teraz przechodząc do meritum, zacznijmy od największej bomby zeszłego roku, czyli Słońca w mroku Stephenie Meyer. 


Słońce w mroku 


Saga Zmierzchu pojawiła się w Polsce, kiedy zaczęłam chodzić do gimnazjum. Wiecie, wampiry i zakazana miłość to była taka mieszanka, której nie mogłaby się oprzeć żadna trzynastka. Zmierzch pochłaniałam i kochałam całym serduszkiem. Były to pierwsze książki, do których nie musiałam się przymuszać, a ich strony pochłaniałam od deski do deski. Z tą serią książek wiąże mnie wiele sentymentu i ogrom nostalgii. Kiedy więc dowiedziałam się o istnieniu pierwszej części Zmierzchu oczami Edwarda, no to musiałam to przeczytać. 


Trochę podrosłam, więc wątek miłosny przestał mieć dla mnie tak wielkie znaczenie, jak te 13 lat temu. Byłam za to ogromnie ciekawa tego, co dzieje się za kulisami. Liczyłam, że zagłębie się w historię Edwarda nim stał się wampirem. Chciałam też pobyć z całą jego wampirzą rodziną i zagłębić się w ich codzienne relacje. Niestety książka dała mi namiastkę tych ciekawostek. Nowe informacje o rodzinie nie są zbytnio satysfakcjonujące. Dowiadujemy się na przykład, że Esme uwielbia swoje podłogi. Nie wiem jak wy, ale dla mnie to mało interesująca ciekawostka. Dużo bardziej byłam ciekawa tego, jak wyglądało jej pierwsze małżeństwo. 


Autorka książka odkrywa przed nami odrobinę świata Alice i Carlisle, ale reszta bohaterów jest potraktowana bardzo po macoszemu. Zamiast fantastyki otrzymujemy dużą dozę filozofii. Edward miota się w swoich uczuciach do tego stopnia, że z książki, która oczami Belli miała 416 stron, oczami wampirzego kochanka ma o kolejne 400 stron więcej. Z jego przemyśleń ciężko coś wywnioskować. Wiemy tylko, że kocha Belle, ale chciałby ją również zjeść. 


Nie mogę powiedzieć, że męczyło mnie jej czytanie. Żałuję jednak, że nie sprostała ona moich oczekiwań i zamiast więcej fantastyki, czytamy o cierpieniu Edwarda na 800 stronach. 


słońce w mroku opinia




Nasz ostatni dzień


Nasz ostatni dzień to książka autorstwa Adama Silvera, który przedstawia nam relację między dwoma chłopakami. Świat przedstawiony w książce nie różni się wiele od naszego. Z jednym wyjątkiem. Każda osoba przed śmiercią otrzymuje telefon, że w ciągu doby nadejdzie jego śmierć. Nasi bohaterowie otrzymują taki telefon, a następnie w splocie okoliczności stwierdzają, że spędzą go razem. Nie ukrywam, że czytając książkę, leciały mi gorące łzy po policzkach. Bardzo wzruszająca książka, a co ważniejsze autor umie opisywać relacje młodych ludzi. Czytając dialogi chłopaków, miałam pewność, że słowa te wypowiadają nastolatkowie, a nie scenarzyści trudnych spraw. 


Nasz ostatni dzień był najlepszą książką, jaką przeczytałam w styczniu. 


nasz ostatni dzień opinia



Zamiana 


Beth O’Leary napisała książkę zabawną, ciepłą, przyjemną, ale i trochę oklepaną. Mamy wnuczkę i babcię, które postanawiają zamienić się swoimi życiami. Motyw przewałkowany i rozwałkowany przez kulturę setki razy i niestety, tutaj mi to nie zdaje egzaminu. Książka jest dobrze napisana, ale powiela tysiące kalk, które ogromnie mnie rażą. Myślę, że czytając ją, będziecie mieli podobne odczucia. Mimo wszystko czas na czytanie tej książki spędziłam bardzo miło, a kilka razy udało mi się parsknąć pod nosem. 


Tajemnicza śmierć Marianny Biel 


Książka autorki Marty Matyszczak to przeuroczy kryminał. Halo, halo jak to? Kryminał i urok? A no tak, bo narratorem opowiadania jest pies. I to robi robotę! Śmierć dawnej aktorki i śledztwo w jej sprawie oczami czworonoga rozłożyło mnie na łopatki. Nie jest to kryminał dla wielbicieli krwawych scen, którzy uwielbiają intrygi i wielkie spiski. Książka jest zaskakująca, mimo wszystko chęć poznania mordercy schodzi na dalszy plan. Dużo bardziej byłam zaangażowana w bohaterów i ich relacje. Planuję przeczytać cały tom z serii morderstwo pod psem, bo słuchanie (to był audiobook) sprawiło mi bardzo dużo radości. 


śmierć marianny biel opinia


Filmy


Parasite w reżyserii Joon-ho Bong


Trochę kultury przez duże K zawitało u mnie w styczniu. Razem z moim lubym na początku roku obejrzeliśmy laureata Nagrody Akademii Filmowej. To był najlepszy film, jaki widziałam od bardzo dawna. Niestety, mam ogromne szczęście do wybierania paździerzy. Kiedy w końcu trafi się coś tak dobrego, to ja się nie mogę pozbierać. 


Film to dobra komedia, ale z morałem i takim rodzinnym dramatem, który wkręca się na długo w nasze myśli. Nie umiem nawet słowami opisać, jak dobry był to film. Od wybuchu śmiechu, po gniew, płacz, obrzydzenie i strach. Wszystkie emocje dzięki jednemu filmowi. Jeśli jeszcze nie widzieliście filmu Parasite, to bardzo wam go polecam. 





Netflix


Uczta z resztek


No i co, było ambitnie? Było, ale się skończyło.  Przechodzimy do klasycznego zjadacza czasu. Uczta z resztek to show zbliżone niemal identycznie do “Nailed it”. Trzech uczestników musi stworzyć ekskluzywne dania z resztek w lodówce. Przysięgam, że nie mam pojęcia, jakim cudem wczorajsze resztki z fast fooda uczestnicy zamieniają na ekskluzywne dania. Program ogląda się dobrze, a co więcej można poczuć inspirację do przeprowadzenia własnych kuchennych rewolucji. 


Poradnik Headspace 


Styczeń 2021 zaczęłam od medytacji. Pomógł mi w tym bardzo poradnik udostępniony na Netflixie. 20-minutowe wprowadzenie i krótka medytacja pomaga mi bardzo w uspokojeniu moich myśli. Dzięki poradnikowi uczę się wyciszyć i poskromić natłok myśli. 


Cały dokument jest przepięknie zilustrowany, co samo w sobie uspokaja mnie i wprowadza w stan wyciszenia. Mam nadzieję, że praktyka medytacji pojawi się u mnie dużo częściej. 





Dziedzictwo Winx 


Jako dziecko kochałam Winx. Ucieszyłam się, kiedy ukazała się produkcja tego serialu na podstawie tej animacji. Liczyłam, że będzie poważniejsza, bardziej mroczna, ale zachowa cały bajkowy klimat. I co? Ogromnie się zawiodłam. W 6 odcinkach nie udało się producentom pokazać budujących relacji między bohaterkami. One się nie lubią, a odcinek później są dla siebie wszystkim. Wykreowany świat jest biedny. Przebywamy tylko w szklarni (która jest swoją drogą najpiękniejszym miejscem), w szkole, trochę przy kamiennym kręgu (więc w sumie nadal w szkole) i w jakimś lesie. Nuda. Myślę, że serial mógł mieć potencjał, ale od tej biedy na ekranie zaczęło aż świszczeć mi w portfelu. Niby magiczny świat, a wszystko tam było takie zwykłe i bez polotu. No i co najgorsze tak mało logiczne. Nastoletnie czarodziejki w szkole uczą się absolutnych podstaw, ale poza nią władają swoimi mocami, jak najpotężniejsze czarownice. Coś tu jest grubymi nićmi szyte. Nie polecam. 




Czytaj dalej »

niedziela, 31 stycznia 2021

3 napoje rozgrzewające - idealne w walce z przeziębieniem



Jestem ogromnym maniakiem gorących napojów. W ciągu dnia wypijam kilka herbat, ale lubię, kiedy są trochę bardziej odpicowane. Dzisiaj chciałabym się z wami podzielić moimi ulubionymi naparami. Ich przygotowanie jest dziecinnie proste, a smak i wartości niesamowite


Zielony rozgrzewacz 


Kiedyś wyjątkowo nie lubiłam zielonej herbaty. Dzisiaj wiem, że winą nie był smak, a moje niewłaściwe przygotowanie. Zbyt obficie zalane liście herbaty, które parzą się za długo, sprawiają, że smak herbaty jest cierpki. Ja lubię, kiedy jest słodko. Niewielką ilość zielonych liści zalewam gorącą wodą. Następnie dodaję dużo miodu i sporo pieprzu. Taka herbata jest jednocześnie słodka, ale i ostra. 


Potrzebujesz: 


  • Liściastej zielonej herbaty, 
  • miód i pieprz (według uznania). 


Herbata z pieprzem to idealny napój na zimowe dni. Oczyszcza nasze drogi oddechowe oraz działa rozgrzewająco. Co jednak najważniejsze - smakuje bosko! 



herbata z miodem



Czarna herbata z gałką muszkatołową 


Ten smak nie będzie faworytem każdego. Warto jednak spróbować dla samych właściwości zdrowotnych. Gałka muszkatołowa jest skarbnicą zdrowia (tak przynajmniej podają w Internecie, nie będę się kłócić). Taki napar pozytywnie wpływa na układ pokarmowy, wspomaga naszą koncentrację oraz poprawia samopoczucie. Właściwości zdrowotne zostawię jednak na drugim planie, gdyż nie jestem medykiem. Mogę jednak zapewnić, że smak jest bardzo interesujący. A w moim przypadku po wypiciu takiej herbatki czuje się bardzo lekko. 


Potrzebujesz: 


  • Swój ulubiony kubek, 
  • czarna herbata, 
  • łyżka sproszkowanej gałki muszkatołowej.


herbata z pieprzem



Eliksir zdrowia 


Okej… ta nazwa jest strasznie cringowa. Doskonale to wiem, ale moje propozycje innych nazw nie były jakieś ciekawsze. W internecie znalazłam na to nazwę - witaminowy shot, ale ja taki napój pochłaniam w wielkim kubku, więc ten shot mi coś nie teges. 


Do przygotowania tego napoju potrzebujesz: 


  • 3 pomarańcze, 
  • 1 cytrynę, 
  • 1 grejpfruta,
  • imbir, 
  • dużo miodu,
  • 2 łyżki kurkumy. 

herbaty rozgrzewające


Sposób przygotowania: 


Imbir kroję w talarki lub ścieram na grubych oczkach. Następnie zalewam gorącą wodą i odstawiam na 2 minuty. Wyciskam cytrusy i wlewam do szklanki z imbirem. Następnie dodaję kurkumę oraz miód. Jeśli napój jest zbyt letni, dolewam wrzątku. Taki pomarańczowy napój jest kwaśny i bardzo zdrowy. Działa rozgrzewająco, witamina C jest idealna w obronie przed przeziębieniem, a kurkuma (podobno) pobudza komórki mózgowe i może działać pozytywnie przed chorobą Alzheimera. 


Te trzy napoje bardzo umilają mi dzień. Mam nadzieję, że spróbujecie, któregoś z tych napojów. Pamiętajcie również o tym, aby nigdy nie zalewać zielonej herbaty i miodu wrzątkiem (idealna temperatura to ok. 80 stopni Celsjusza). 


To jak, spróbujecie? 


Czytaj dalej »

sobota, 23 stycznia 2021

Sens naszych słów



Tłuste krówsko, uparta jak osioł, brudna jak świnia to tylko nieliczne przykłady, które pokazują, jak pejoratywnie stały się dla nas niektóre określenia. W naszym słownictwie obrywa się nie tylko zwierzętom. 

Zwierzęta zawsze kojarzyły mi się z czymś dobrym. Uważałam je za inteligentne i czujące stworzenia. Taki stan rzeczy chyba wyniosłam z domu. Do dzisiaj pamiętam, że moja mama zawsze powtarzała, że krowy mają piękne oczy. Kiedy więc powiedziałam jednej swojej koleżance „masz rzęsy jak u krowy” na losy całego świata, nie potrafiłam zrozumieć jej oburzenia. Przecież krowy mają piękne długie rzęsy. Dlaczego więc moje - wydawałoby się - logiczne stwierdzenie, wywołało tyle konsternacji?


Oczy krowy


Krowa w końcu od zawsze była ucieleśnieniem paskudztwa. To samo tyczy się pozostałych zwierząt hodowlanych. W naszej potocznej mowie te negatywne określenia tak bardzo weszły w codzienność, że postrzeganie zwierząt jako brudnych i leniwych, stało się czymś naturalnym. 


Nic dziwnego więc, że kiedy pojawia się dyskusja na temat praw zwierząt słychać krzyki, że to przecież tylko zwierzęta. Ciężko jest dojrzeć dobro w istotach, które od lat noszą metkę usposobienia zła. A gdyby się tylko przyjrzeć zachowaniu zwierząt, to można dojrzeć w nich prawdziwe piękno. 


Słowa potrafią bardzo mocno przedrzeć się do naszego światopoglądu. Kto kiedyś nie usłyszał takich stwierdzeń jak „nie płacz jak baba” i „nie bądź cipa”. Dlaczego właśnie kobiece cechy oznaczają słabość? Może właśnie chłopaku, powinieneś czasem wypłakać się jak ta przysłowiowa baba. Niech Ci łzy ciekną ciurkiem, masz w końcu prawo do złości, gniewu i bezradności. Płacz rozładowuje nasze emocje, ostatecznie nas uspokaja i pozwala zacząć racjonalnie myśleć. Gdyby się więc nad tym zastanowić, to te wszystkie „płaczące baby” ostatecznie zawsze podejmą właściwe decyzje.   



Kobiety nie są słabe 

Gdyby przyjrzeć się rodzinnym historiom to właśnie kobiety decydują się na opiekę nad swoim chorym dzieckiem lub schorowanym rodzicem. Latami więc pielęgnują, leczą i dbają o osoby, które nawet nie są w stanie okazać im miłości. W przypadku wielu chorób umysłowych lub tych wywołanych starością może dochodzić również do agresji wobec opiekunki. One to wszystko znoszą. Chociaż po latach pozostają wrakami, wymęczonymi swoją troską i miłością. Kobiety potrafią  nosić na swoich barkach prawdziwy ciężar. Dla mnie jest to oznaka prawdziwej siły, której nie może wykrzesać z siebie niejeden mężczyzna. Chociaż zdarzają się piękne wyjątki. 



Cipa stała się słowem obraźliwym. Obelgą, którą unikają silni macho. Gdyby jednak słowo to miało oddawać prawdziwą siłę kobiet, a nie tą wykreowaną przez mizoginistyczny świat, to może współcześnie określenie kobiecych narządów oznaczałoby coś zupełnie innego. 


Ale dziwka! 


Moja ciocia miała cudowny dar nadawania negatywnym zwrotom pięknych znaczeń. „Wieśniara” tak bardzo przyjęło się w moim domu, że tym słowem obdarzamy każdego szczęściarza. Masz dobrą pracę? Chodzisz na siłownie? Masz piękny dom, samochód i dzieci? W mojej rodzinie nie jesteś więc synonimem sukcesu, jesteś najzwyklejszym wieśniakiem! I noś to słowo z dumą, bo jeśli padnie ono z naszych ust, to znaczy, że naprawdę budzisz podziw. 


Niedawno moi rodzice przytoczyli mi pewną historię. Kiedy byłam małym dzieckiem, mającym kilka dni, moja ciocia na mój widok wykrzyknęła - ale dziwka! No cóż, prawdopodobnie czytając taki opis, niejednemu z was wyskoczyły oczy ze zdziwienia. Bo jak to tak, do małego dziecka wyzwiskami? W 1995 nikogo z obecnych - a już zwłaszcza mnie - nie obruszyły te słowa. Dziwka bowiem w ustach mojej cioci oznaczała dziarską, fajną dziewuchę. Nim jednak rzucicie się w moją stronę z takim komplementem, dajcie sobie na wstrzymanie. Co w słowniku mojej cioci było pozytywnym określeniem, niekoniecznie musi tak brzmieć z waszej strony.


Kłamstwo powielane wiele razy sprawia, że po czasie postrzegane jest jako prawda. Ile więc to żarcików i niewinnych dowcipasków rzuconych bez namysłu na temat blondynek, złych żon gnębiących swoich mężów, czy mniejszości seksualnych sprawiło, że dzisiaj postrzegamy pewne grupy ludzi tak, a nie inaczej. Nasze słowa w pewien sposób formują nasze otoczenie i jego postrzeganie. One mają moc. Potrafią budować i bardzo szybko niszczyć. Tylko od nas samych zależy to, jaki świat chcemy kreować. 





Chciałabym bardzo pięknie podziękować mojej przyjaciółce za przygotowanie dla mnie ilustracji do tekstu. Jeśli jesteście ciekawi jej prac, to zapraszam na Instagram Patrycji @portretowani 


Czytaj dalej »

czwartek, 7 stycznia 2021

Minimalizm: czas na mniej - co poszło nie tak i czemu mi z tym dokumentem nie po drodze?




Minimalizm fajna rzecz. Lubię mieć tylko przydatne przedmioty i lubię ciągle minimalizować swoją przestrzeń. Mogłoby się wydawać, że nowy dokument Netflixa przypadnie mi do gustu, a jednak… coś poszło nie tak. 


Strasznie ckliwy


Joshua Fields Millburn sprzątając mieszkanie matki, natrafia na 3 pudełka z jego pracami z dzieciństwa. Stwierdza on, że matka czuła żal, że w dzieciństwie przez swój alkoholizm odpychała swoje dziecko. Dlatego właśnie trzymała te rzeczy, aby mieć jego cząstkę. Moim zdaniem większość mam trzyma prace i sprawdziany swoich dzieci. Nie musi to być związane z błędami macierzyńskimi.


Tematy związane z alkoholizmem, samotnością i brakiem poczucia bezpieczeństwa są bardzo ważne. Uważam jednak, że wywlekanie tego w takim dokumencie nie ma zbytnio sensu. Zabieg ten został zastosowany wyłącznie po to, aby sztucznie wywołać łzy. 


Nie bardzo rozumiem też, co ma wspólnego alkoholizm z gromadzeniem. Oczywiście, kompulsywne zbieractwo ma swoje podłoże w psychice. Tutaj jednak nie szłabym tak daleko. 


Joshua więc patrzy w kamerę, co chwila rozgląda się raz w lewo, raz w prawo. Spuszcza wzrok, robi dramatyczne pauzy i wylewa z siebie słowa żalu i smutku. Czy jednak to wniosło jakąś wartość dodatnią w filmie? Nie. 


Okej... oni nawet na plakacie wyglądają, jakby grali w teledysku ATB. 



Amerykański sen, który się przejadł 


Młodzi mężczyźni, którzy w wieku 28 lat osiągnęli już wszystko. Wielki dom, drogie samochody, markowe garnitury. Dzięki karierze zawodowej mogli mieć wszystko. Dochodzą jednak do wniosku, że - pieniądze szczęścia nie dają. Zaczynają więc na nowo układać swoje życie. Ruszają nawet ze stroną o minimalizmie, gdzie edukują, jak wyzbyć się rzeczy. Oczywiście strona zostaje największym hitem lata, a oni stają się bardzo szybko popularni. 


Chłopaki nacieszyli się swoimi drogimi cackami, a teraz mówią innym, że w sumie to nie było warto. Amerykański bogacz ze stertą przedmiotów może przytaknie. Biedny absolwent studiów humanistycznych raczej się rozśmieje. 


Nie twierdzę, że takich problemów nie ma. Dokument ten jednak nie pokrywa się w ogóle z moim otoczeniem i moimi potrzebami. 





Joshua skrada show 


Prowadzących jest dwóch. To jednak Joshua skrada prawie cały dokument. A szkoda, bo uważam, że jego kompan Ryan Nicodemus też ma wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. W dokumencie ma tylko kilka linijek, ale ja się z nimi wszystkimi zgadzam. 


Ryan jako jedyny w pewien sposób podkreśla, do kogo dokument jest skierowany. Do takich jak on, czyli bardzo bogatych. Dzięki temu łatwiej mi się zdystansować do jego praktyk. Bo wiecie… on może zamienić dom na mniejszy. Ja na takie działania nie mam co się porywać. 


Dużo bardziej odpowiadał mi już program, w którym Marie Kondo pomaga uprzątnąć czyjeś domy lub mieszkania. Tam ludzie nie mają problemu zza dużą ilością markowych ubrań, czy drogich samochodów. Oni gromadzą większość rzeczy z obawy przed tym, że kiedyś może się przydać. Trzymają, bo jest to dla nich sentyment. Zostawiają, bo liczą, że jeszcze kiedyś wejdą w jakieś ubranie. A Marie im tłumaczy, że to tylko przedmioty, które nie poprawiają ich jakości życia. 


Porównując ze sobą - mogłoby się wydawać - ambitny dokument Netflixa z przyjemnym programem o organizacji wnętrz, to dużo ciekawszy wydaje mi się ten odcinkowy serial. Z tego coś wyniosę i wyzbędę się złych nawyków. Z dokumentu wyniosłam tylko frustrację. 





Czytaj dalej »

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Minimalizm w praktyce - 13 rzeczy, których pozbyłam się przed nowym rokiem



Witajcie moi drodzy. Bardzo dawno się nie odzywałam, ale było ostatnio dużo zmian w moim życiu. Znowu wróciłam na stałe do Szczecina, skończyłam studia i znalazłam pracę. W związku z taką ilością zmian musiałam do wszystkiego na nowo się przystosować. Niestety, mój blog ucierpiał na tym najbardziej. Jednak wróciłam i obiecuję, że raz na jakiś czas się coś tutaj pojawi. 


Chciałabym też poinformować o drobnej zmianie na blogu. Od dzisiaj tematyka zero waste będzie trochę rzadziej poruszana. Mam już odrobinę przesyt tego tematu. Zamiast tego będą częściej pojawiać się recenzje książek. A jeśli ktoś jest ciekawy więcej, to zapraszam na mój bookstagram @laurkaliteraturka 


Dzisiaj trochę o wyrzucaniu. Od kilku lat staram się zminimalizować liczbę posiadanych rzeczy. Wydaje mi się jednak, że im dłużej to robię, tym rzeczy jest więcej. Wyjazd do Gdańska nauczył mnie żyć z niewielką liczbą przedmiotów. Jednak to tutaj w Szczecinie, w swoim rodzinnym domu, miałam prawdziwe skarby z zamierzchłych czasów. Wyrzucenie tego wszystkiego przyniosło mi ogromną satysfakcję.


Z czym się pożegnałam? 


Karty stałego klienta

Ja wiem, że wypchany portfel robi wrażenie. Lepiej jednak, aby wypychały je pieniądze, a nie karta do wypożyczalni DVD. Wszystkie karty stałego klienta można już mieć w wersji elektronicznej. Zostawić najważniejsze, resztę pociąć i wyrzucić. 





Lakiery do paznokci 

Miałam całe pudełko lakierów, które pamiętały jeszcze moją obsesję na punkcie Zmierzchu. Wszystkie glutowate, przeterminowane i stare lakiery najlepiej zawieźć do PSZOKu. 


Dokumenty

Z 4 teczek z dokumentami zrobiła się jedna. Byłam bezlitosna. Wyrzuciłam wszystkie dyplomy za największą muszelkę, dyplomy za udział  w konkursach, stare wyniki badań, nieaktualne umowy. W koszu znalazł się również dyplom otrzymany na absolutorium. 


Kable, kabelki, kabeleczki

Jak ja żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia swojej szuflady przed. Cała szuflada wypchana kablami i ładowarkami, starymi telefonami. Do PSZOKu trafiły dwie torby kabli. Pusta szafa ogromnie mnie teraz cieszy. 


Bardzo często nie chcemy wyrzucać starego sprzętu z obawy o utracenie zdjęć. Moje niektóre stare telefony nie chciały się już nawet odpalić. Nie odkładałam ich do szuflady z nadzieją, że kiedy indziej się uda. Te wszystkie kabelki i elektryka musi zniknąć! 


Wypisane długopisy 

Tu nie ma nawet co tłumaczyć. Uwierz mi, nie kupisz nowego wkładu. Nie… wyrzuć. 





Pamiątki

To jedna z najbardziej bolesnych rzeczy. No bo jak to, wyrzucić pamiątki? Sama mam pudełko z pamiątkami, gdzie trzymam najważniejsze rzeczy. Z czasem jednak tracą one dla mnie na wartości. Kiedyś wygrzebałam jakiś bilet autobusowy. Prawdopodobnie z jakiejś mojej gimnazjalnej randki. Teraz nie miał on dla mnie żadnego sentymentalnego znaczenia. 


Dużo ciężej było mi się rozstać z czymś ładnym, sentymentalnym, ale zupełnie bezużytecznym. Miałam kilka takich rzeczy, głównie takich z serii “DIY”. Chcę jednak, aby pamiątki, które zatrzymuje miały ogromną wartość sentymentalną. Rzeczy mniej sentymentalne wylądowały w koszu. 


To się jeszcze naprawi

Okej, naprawianie jest mega ważne. Pozwala zredukować rosnącą górę śmieci. Trafiają się jednak takie rzeczy, których nie naprawisz, nie zszyjesz, nie załatasz, nie skrócisz. Leży to już, któryś rok i ani nie cieszy, ani nie jest użyteczne. Ja tak miałam z okularami przeciwsłonecznymi. Odpadła od nich śrubka. Szkiełko z okularów ciągle się osuwało, a okulary przestały pełnić swoją funkcję. Zastępczej śrubki nigdzie nie znalazłam, więc mimo chęci naprawy, okulary poszły tam, gdzie raki zimują. 


Dziurawe skarpetki i wielkie galoty 

Wiecie jaką wojnę stoczyłam z majtkami? Ta batalia trwała wieczność, ale muszę przyznać, że to, co teraz mam mnie bardzo zadowala. Wszystkie skarpetki eleganckie, bez dziurek. Bielizna wyłącznie taka, jaka mi się podoba. Pozbyłam się niepraktycznej bielizny, której nie zakładałam chętnie i takiej, która miała nadrukowane brokatowe dinozaury i kwiatki. To samo zrobiłam ze strojem kąpielowym. Nie przepadam zbytnio za bikini. Nie czuje się w nich komfortowo. Zostawiłam sobie jeden strój jednoczęściowy na basen. 


Zeszyty 

Skończyłam podstawówkę, gimnazjum, technikum, studia. A w domu nadal mam zeszyty. Wyrwałam z nich czyste kartki (przydadzą się zawsze), a zeszyty i zapisane w nich mądrości wyrzuciłam. 


Ubrania

W całym tym szaleństwie wyrzuciłam masę ubrań. Dwa lata mieszkania poza domem i z dala od większości moich rzeczy, uświadomiły mi, co lubię nosić, a czego nie. Jeśli po kilku miesiącach ubrania nadal się nie sprzedały na vinted, to wszystko inne trafia do kosza. Moja szafa jest mała, mam w niej niewiele ubrań, ale wszystkie lubię. 


Przybory do domowego SPA

Okej, teraz trochę obleszka. Jestem przekonana, że masz w domu jakiś stary pumeks, który nosi na sobie ślady z tego ostatniego romantycznego piłowania pięt w 2010 roku. To samo z zajechanymi pilniczkami do paznokci i wszystkimi przeterminowanymi próbkami kosmetycznymi. 


Wieszaki brzydaki 

Miałam w domu prawdziwą kolekcję różniastych wieszaków. Większość z nich z lubością deformowała moje ubrania. W Gdańsku zakupiłam kilkanaście sztuk takich samych wieszaków (i tak, wszystkie je przywiozłam ze sobą - nie oceniajcie). Wieszaki wymieniłam, a cała szafa prezentuje się teraz dużo lepiej. 


przed




po


Płyty CD i DVD

Miałam całą półeczkę z płytami cd i dvd. Nic wartościowego. Kolędy Golców, jakieś zdjęcia, które od stu lat mam na chmurze, gry z gazetek, więcej płyt Golców (były w Tinie kiedyś - nie oceniajcie znowu). Zostawiłam tylko płytę Beaty Kozidrak, bo Beatę to ja szanuję. 


Ubranka dla dzieci

Hm… mam skrzynkę z rzeczami dla przyszłych dzieci. O ile kolekcja Martynek czy mój ulubiony mały pluszak jest warta zachowania, to nie byłabym przekonana, czy moje dziecko chciałoby nosić sztruksowe brązowe dzwony. Pozbyłam się tego.


Czego nie wyrzuciłam? 

Nie ma tak idealnie. Rozsądek mi podpowiada, że powinnam to wszystko wyrzucić, ale moje serce mi nie pozwala. 


Mój pierwszy pluszowy miś 

Od swojego taty na pierwsze urodziny dostałam gigantycznego zielonego psa. Siedzi na szafie, zakurzony i dogorywa. Wiem, że ze względu na plantacje roztoczy na nim, to nie jest potencjalna zabawka dla mojego bardzo przyszłego dziecka. Mimo wszystko nie mam serca się z nim rozstać. 





Kalendarzyk z 2016 roku 

Pierwszy świąteczny prezent od mojego chłopaka. Cudowny kalendarzyk z przepiękną okładką. Nie potrafię się go pozbyć, chociaż miałam już do niego tysiące prób. Nie rozumiem czemu, to takie irracjonalne. 


Kurs języków

Uzbierana kiedyś w jakiś magazynie (prawie) cała kolekcja kursów językowych. Dobrze wiem, że nigdy nie odpalę tego kursu. Szkoda mi go wyrzucić na śmietnik, bo to jednak całkiem wartościowa rzecz. Powinnam wrzucić na jakąś grupę, żeby ktoś przytulił te moje kursu. Ale jakoś nie mam ochoty na kontakty z ludźmi. Także… kurs został i zajmuje skurczybyk półkę. 


Jak widać, nie jestem jednak taka bezlitosna. Najgorsze jednak, że mimo wynoszenia śmieci przez kilka weekendów z rzędu, odnoszę wrażenie, że ciągle jestem przytoczona przedmiotami. Czasem tracę nadzieję, że kiedykolwiek będę mogła się z tego wszystkiego uwolnić. Chociaż bardzo możliwe, że popadam też w jakąś obsesje wyrzucania. No cóż, każdy ma swoje świry. 



Czytaj dalej »

sobota, 3 października 2020

NIEWIDZIALNY GDAŃSK



Wejść na krótką chwilę do świata niewidomych, czy to możliwe? Możliwe! Razem z koleżankami miałam przyjemność – i to słowo nie jest tutaj przypadkowo – zobaczyć świat wszystkimi zmysłami, z wyjątkiem tego jednego – wzroku.  

Co prawda świat ten był wersją demo, najłatwiejszym poziomem z samouczkiem, który co krok podpowiada Ci, jak wykonywać zadania. Moim samouczkiem była Pani Agnieszka, która wzrok traciła stopniowo, a dziś jest codziennie w Niewidzialnym Gdańsku, aby pokazać swój świat innym.

NIEWIDZIALNY GDAŃSK

Niewidzialny Gdańsk jest miejscem, gdzie zostajemy wprowadzeni w zupełną ciemność, tam musimy się odnaleźć w zupełnie codziennych sytuacjach. Czy to jest łatwe? Nie, bo chociaż na co dzień robię to wszystko z palcem w nosie, to tutaj sprawa miała się zgoła inaczej. W przeciągu kilku pierwszych sekund odczuwałam setki emocji jednocześnie.

EMOCJE

Początkowo cieszyłam się jak dziecko, bo to coś nowego, ekscytującego i dla mnie – nietypowego. Uniesienie szybko dopadła panika. Kiedy zrozumiałam, że jestem w zupełnej ciemności moja wyobraźnia wyostrzyła się milionkrotnie. Serce zaczęło bić szybciej, a moje ręce nerwowo szukały koleżanek. Chciałam tylko wiedzieć, że nie jestem w tej ciemności sama, że ktoś jest obok mnie. Później usłyszałam głos Pani Agnieszki, a mnie zalała fala spokoju. Miałam już stuprocentową pewność, że nic mi się nie stanie, a to tylko „eksperyment w kontrolowanych warunkach”. Spokój również nie trwał długo, bo zaraz przyszła ogromna irytacja, że nie umiem wykonać tak prostych czynności. Później, później już była tylko dobra zabawa i ciekawość.

TEN CHOLERNY LATAJĄCY ŁUK

Śmiejcie się lub nie, ale przez cały czas odnosiłam wrażenie, że nad moją głową unosi się latający łuk, który tylko czeka, żeby niespodziewanie przywalić mi w głowę. Mogę posunąć się nawet do stwierdzenia, że czułam jego oddech na karku. To uczucie towarzyszyło mi od samego początku, aż do końca, Ja się schylam, a tam łuk. Skręcam, a tam łuk. Robię krok do przodu, do tyłu, siadam, oddycham, wszędzie ten cholerny łuk.

Wielokrotnie w domu, budząc się jak jakaś emerytka o 4 w nocy, potrafię w zupełnych ciemnościach i bez problemu odnaleźć łazienkę, a następnie szybkim i prężnym krokiem – uciekając przed duchami – zmierzam w kierunku duchoodpornej kołdry. Trasę znam na pamięć, wiem mniej więcej, za ile będą drzwi i wiem, że nie wpakuje się w nie rozpędzona jak pociąg. Tutaj jednak byłam na obcym terenie, skazana na większe przestrzenie niż odcinek z łóżka do toalety. Łuk więc postanowił mi towarzyszyć na każdym kroku. Czułam się niepewnie, przez co wszystko wykonywałam wolno i ślamazarnie. Zupełnie inaczej niż Pani Agnieszka. Chociaż nie widziałam jej, to wyobrażałam sobie, jak zgrabnie przemieszcza się między wszystkimi przeszkodami. Nie widziałam, ale czułam, z jakim spokojem i pewnością porusza się w tym świecie, który mnie paraliżował.

TOP SECRET

Nie mogę Wam zdradzić, co dokładnie działo się w tych ciemnościach i jakie zadania musiałyśmy wykonać wspólnie z koleżankami. Myślę jednak, że nikt się nie pogniewa, jeśli uchylę rąbka tajemnicy. Kiedy już trzeba było kończyć zabawę, była chwila na rozmowę. Siedziałyśmy w ciemności i rozmawiałyśmy, a że z natury jestem wnikliwą dziewuchą, to gdyby nie ograniczający nas czas, zagadałabym Panią Agnieszkę na śmierć. Byłam ogromnie ciekawa jej świata, miałam wiele pytań. Chciałam wiedzieć, jak sobie radzi, co jej sprawia trudności, co wkurza, a co lubi. W tej fali pytań były też takie ciepłe babskie pogaduchy, w których dowiedziałyśmy się o tym, jak poznała swojego męża lub to, gdzie uczą się jej córki.

Bycie niewidomym to nie tylko wieczna walka z trudnościami świata i przeklętymi hulajnogami, które byle jak parkowane są na chodnikach. To również – co nie powinno być zaskakujące – rodzinne życie, ciepła herbatka pod kocykiem, imprezy przy wódeczce, kłótnie przy grach planszowych i rozdrabnianie resztki mydła z wodą, żeby starczyło jeszcze na kilka myć – to robi każdy, bez wyjątku.

NIEWIDZIALNE OTWIERA OCZY

Cały ten eksperyment otworzył mi oczy i pokazał dwie istotne rzeczy. Po pierwsze trzeba być wdzięcznym i umieć docenić swoje zdrowie. Po drugie nie można być ignorantem. Kiedyś na wiele rzeczy machnęłabym ręką. Teraz na tak wiele niepozornych rzeczy będę zwracać większą uwagę. Chociażby na to, aby nie odkładać hulajnogi byle gdzie, albo na lepsze przystosowanie mojego bloga dla osób niedowidzących lub niewidomych. Chociaż wprowadzenie takich zmian, zajmie mi pewnie dużo czasu, to i tak warto.  

WSPÓLNIE SPĘDZONY CZAS

Długo zachwycałam się tym projektem. Jeszcze długo po wizycie opowiadałam wszystkim, gdzie byłam i jak bardzo mi się podobało.

Jeśli zastanawiasz się, co akurat zrobić z nadwyżką wolnego czasu i akurat jesteś w Trójmieście, to koniecznie odwiedź Niewidzialny Gdańsk. Jest to świetne miejsce, zwłaszcza dla młodzieży i starszych, którym czasem trzeba przypomnieć, że świat nie kręci się tylko dookoła nich.

 


Czytaj dalej »