czwartek, 28 maja 2020

ŚLAD WĘGLOWY MOICH UBRAŃ W 2019 ROKU



Przyznam się bez bicia, że przez zeszły rok chodziłam dumna jak paw. Wydawało mi się, że tak mało produkuje śmieci i jestem idealnym przykładem życia w stylu zero waste. Znalazłam jednak film na YT Agaty Bokiej, w którym za pomocą strony thredup analizuje ślad węglowy swojej szafy w 2019 roku. Postanowiłam również wyliczyć swój. Zaczęłam wypisywać wszystko to, co kupiłam w zeszłym roku. Byłam przekonana, że moja lista skończy się na maksymalnie sześciu pozycjach. Niestety, ilość ubrań rosła i rosła.

Początek roku 2019 był dla mnie wyjątkowo intensywny pod względami środowiskowymi. Próbowałam wtedy diety roślinnej, produkowałam miesięcznie garstkę śmieci i starałam się kupować wyłącznie ubrania z drugiej ręki. Narzuciłam na siebie bardzo dużo, co skutkowało tym, że w połowie roku pękłam. Machnęłam na wszystko ręką. Wróciłam ponownie do diety wegetariańskiej i obkupiłam się w sklepach z szybką modą. Myślę, że przez sam okres wakacji wyprodukowałam największy ślad węglowy. Po wakacjach ponownie zaczęłam żyć bardziej świadomie, unikać zbędnych zakupów oraz odżywiać się w większości roślinnie. Przejdźmy jednak do konkretów. Jaki ślad węglowy wyprodukowała moja szafa w 2019 roku?

W zeszłym roku zakupiłam 23 sztuki odzieży (nie wliczam tutaj nowych butów i plecaka) Naprawdę nie spodziewałam się sama po sobie, że jestem w stanie kupić, aż tyle odzieży. Niestety, większość z nich została oddana, albo jest nieużywana i leży w szafie. W całym tym zestawieniu kupiłam 9 ubrań z drugiej ręki. Ponad połowa moich ubrań była zakupiona w sieciówkach. Z całej tej ilości tylko 10 egzemplarzy zdało egzamin. Kiedy robiłam to całe zestawienie, oczy o mało nie wyszły mi z orbit.  


1.  W ciągu zeszłego roku kupowałam około 2 ubrań na jeden miesiąc.


2. W zeszłym roku kupiłam 7 górnych części garderoby. 3 T-shirty (w tym jedna obowiązkowa fundacji, w której jestem wolontariuszem), jedną bluzę, stanik i bluzka z H&M oraz flanelową koszulę. Z dołów było łącznie 6 par spodni (z czego tylko trzy pary używam nadal), 2 spódniczki, jedne rajstopy i bieliznę. Kurtki zakupiłam sztuk dwie. Jedną zimową i jedną przejściową. Wszystkie sukienki były z lumpeksu (tylko dwie z nich używam, trzecią oddałam), do sukienek zaliczę jeszcze strój kąpielowy, bo nie bardzo wiem, w jaką inną rubrykę go dać.


3. Przez stronę vinted zamówiłam kurtkę przejściową, strój kąpielowy, jedne jeansy, T-shirt fundacji. Z tych wszystkich rzeczy używam tylko kurtkę i nie jestem zadowolona z niej jakoś szczególnie.


4. Ubrań nie zwracam do sklepu. Najczęściej oddaję na trójmiejskiej grupie.


5.  10 produktów z drugiej ręki, 13 nowych.


6. Tutaj miałam trochę mały kłopot, bo nie bardzo wiem, czy chodzi o wypożyczalnie ubrań, czy o pożyczanie od koleżanek. Zdarzyło mi się w zeszłym roku pożyczyć dwie sukienki na wesela, więc potraktuje to pytanie jako wypożyczanie od kogoś.


7. Pranie staram się robić raz w tygodniu, plus raz w miesiącu piorę pościel.


8. Ubrania zawsze piorę w 30 stopniach, wyjątek robię tylko dla ręczników i pościeli.


9. W zeszłym roku nic nie oddałam do pralni chemicznej. 


10. Z ubrań zwęziłam tylko jedną sukienkę, zacerowałam spodnie i skarpetki.


11. Do kosza bezpośrednio wyrzucam tylko bieliźniane sprawy. To tak około 1% ląduje w śmieciach.


Mój wynik to: 393 lb= 178.2618 kg

Kupując swoje ubrania, wyprodukowałam tyle śladu węglowego, ile podczas dwukrotnego lotu z San Francisco do Los Angeles.

Może na tle innych konsumentów nie wypadam źle, ale dla mnie ten wynik jest fatalny. Czuje jakiś ogromny żal do siebie. Myślałam, że jestem bardziej świadomym konsumentem. Tymczasem ponad połowa ubrań, które zakupiłam w zeszłym roku, okazały się bezużyteczne. Ten wynik nie uwzględnia jeszcze innych rzeczy, które zakupiłam w 2019 roku, takich jak buty, plecak i pościele.

Cieszę się bardzo, że trafiłam na tę stronę. Miałam szansę zobaczyć, jaki rzeczywisty wpływ na środowisko mają moje wybory konsumenckie. Bardzo mocno zweryfikowało to moje zdanie na swój temat.  Pociesza mnie bardzo to, że od 2020 roku kupiłam tylko dwie rzeczy. Obie z polskich etycznych marek. Nawet nie sam wynik ostudził mój zapał do zakupów. Największe wrażenie zrobiło na mnie wypisanie wszystkich ubrań i zweryfikowanie tego, co noszę, a co musiałam oddać. Z tych wszystkich 23 produktów, raptem 5 jest często przeze mnie używanych. To właśnie też te 5 rzeczy były mi bardzo potrzebne. Reszta niestety była całkowicie zbędna.

Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Wstydu trochę jest. Przez cały zeszły rok gadałam o świadomych zakupach, a tu wychodzi na to, że sama siebie nie słuchałam. Mam nadzieję, że ten rok będzie dużo lepszy.


A jak u Was z wynikami? Tez jesteście green queen? 





Czytaj dalej »

poniedziałek, 25 maja 2020

20 RZECZY, KTÓRYCH NIE KUPUJĘ




Posty o rzeczach, których się nie kupuje, to bardzo popularne wpisy na wielu minimalistycznych blogach. Pisała o tym również niedawno renaturat, a mnie tak spodobał się ten pomysł, że musiałam zrobić swoje zestawienie. Od kiedy jestem bardziej świadomym konsumentem, do mojego koszyka na zakupy trafia mniej zbędnych rzeczy. Czego więc nie ma w moim domu?

1. PIANKA DO GOLENIA


Moja skóra jest naprawdę mało wymagająca. Mogę stosować kosmetyki z kiepskim składem, nie używać w ogóle balsamu, a ona i tak ma się całkiem dobrze. Mieszkając jeszcze w domu rodzinnym, podbierałam piankę do golenia tacie, ale nigdy w życiu nie kupiłam pianki do golenia dla siebie samej. Powód jest bardzo posty. Z łatwością mogę golić ciało na samo mydło lub nawet wodę. Pianka do golenia jest więc dla mnie całkiem zbędna.

2. ŻEL POD PRYSZNIC


Zawsze zazdrościłam chłopakom jednego żelu do wszystkiego. Jedna buteleczka była żelem do twarzy, ciała i szamponem do włosów. U kobiet może się w głowie poprzewracać. Ilość wariantów zapachowych i nowości powoduje, że po każdej wizycie w drogerii wraca się z nową buteleczką. Ostatecznie pod prysznicem jest kilka nowych kosmetyków, wszystko pootwierane, nic nie jest zużyte do końca. U mnie kiedyś tak było i ogromnie mnie to irytowało. Zamieniłam plastikową butelkę żelu na kostkę mydła. Dopóki nie zużyje do końca kostki, nie otwieram nowego produktu. Jest to dla mnie bardzo przyjemne. Po pierwsze nie zagraca mi przestrzeni w łazience, po drugie jest dużo bardziej ekologiczne.

3. WODA W BUTELCE


Wodę w plastikowej butelce kupuje tylko w sytuacjach, kiedy zapomnę ze sobą swojej butelki. Przez te trzy lata zdarzyło się to z siedem razy. Wodę piję prosto z kranu lub filtra. W zależności od tego, gdzie akurat mieszkam. W moim poprzednim mieszkaniu woda była idealna prosto z kranu. Niestety, po przeprowadzce musiałam wodę zacząć filtrować. Oszczędzam dzięki temu 365 butelek 1,5 litrowych.

4. PLASTIKOWE TORBY NA ZAKUPY


Unikam zarówno zrywek, jak i większych toreb. Produkty pakuje luzem lub do specjalnych worków. Mam również przy sobie małą składaną reklamówkę, która mieści mi się do kieszeni kurtki. Jeśli jej zapomnę, biorę kartonik ze sklepu. Dzięki temu nie mam już szafy wypełnionej reklamówkami.



5. PEELING DO CIAŁA




Na taki peeling weźmie mnie ochota raz na ruski rok. Nie chcę więc, żeby jakiś produkt stał i marniał w domu. Wybieram domowej roboty peelingi. Po kawowym jest sporo bałaganu, ale na skórę działa cuda.


6. PŁYN DO PŁUKANIA UST


W poprzednim poście opisałam swoją higienę jamy ustnej bez plastiku. Jedyną rzeczą, którą sama wykonuję, jest płyn do płukania. Jest on naturalny i dużo przyjemniejszy w stosowaniu, niż płyny na bazie alkoholu, które wypalają mi jamę ustną. O płynie pisałam tutaj.

7. OBUDOWY NA TELEFON


Od kilku lat mam tylko jedną obudowę. Zajechana jak panie domu przed świętami, ale póki spełnia swoją funkcję, to jej nie wymieniam. Bardzo często widzę posty osób, które odsprzedają swoje kolekcje casów. Ja ich nie kolekcjonuje i nie widzę potrzeby wymiany obudowy do mojego outfitu.

8. TORBY PREZENTOWE


O tym pisałam w poście o wędrującej torebce. Te torby są niezwykłe. Prawie nigdy ich nie kupujesz, a one zawsze są w domu. Zbieram je do jednej większej torby i kiedy przychodzą święta, pakuje w nie prezent.

9. KUBKI


Nienawidzę kubków. Brzmi dosyć radykalnie, ale nic mnie tak nie denerwuje, jak upychanie setki kubków na półce. Do tego wszystkie są z innej parafii. Kilka prezentowych, kilka ze starej zastawy po babci, a jeszcze inne kubki reklamowe, z logiem firm, których nie kojarzę. W domu jest trzech domowników, a kubków jak dla wojska. Z całą pewnością nie potrzebuje ich więcej do szczęścia.

10. DŁUGOPISY


Marzy mi się piękne pióro i tak mi się marzy od kilku lat. Nie kupuję jednak, bo w domu zawsze jest czym pisać. Długopisy mnożą się jak grzyby po deszczu. Przyjechałam do Gdańska z jednym długopisem, a aktualnie mam ich już całą garść. To wszystko to jakieś niepotrzebne gadżety, które rozdawane są na konferencjach lub wykładach uniwersyteckich.

11. PAMIĄTKI Z WAKACJI


Jako dziecko przywoziłam z wakacji multum pamiątek. Nic nie było związane z miejscem, w którym byłam. Mam więc do tej pory szklane łabędzie i porcelanowe żółwie. Nie wiem skąd, nie wiem dlaczego, nie wiem za ile. Ani to ładne, ani sentymentalne. Nie potrzebne mi również ciupagi z napisem „Zakopane”, T-shirty (które kiedyś kolekcjonowałam z podróży) ze śmiesznymi napisami lub bransoletki z muszelek. Najlepszą pamiątką są dla mnie zdjęcia. Zamiast na duperele wolę wydać pieniądze na jedzenie. Znajomym natomiast wysyłam pocztówki. Nie jest to zero waste, ale jest zdecydowanie bardziej urokliwe. Wyjątek robię dla zapalonych kolekcjonerów, którzy zbierają magnesy lub naparstki. Dla samej siebie nie kupuje nic.

12. GUMKI DO WŁOSÓW


Dla mnie jest to kolejna magiczna rzecz, która z uporem maniaka lubi się gubić.  Za każdym razem, kiedy myślę, że zgubiłam już swoją gumkę do włosów, odnajduję ją razem z innymi gumkami. Raz mam ich zero, a za chwilę trzy. O ile gumkę do włosów zawsze znajdę, to spinkę już nie. W tym roku skusiłam się tylko na jedną, po miesiącu zaginęła. Była to dla mnie dosyć dobitna informacja, że nie warto inwestować w to nawet grosika.

13.  JEDNORAZOWE MASECZKI


Kiedy zaczęła się pandemia, pomyślałam, że zakupię trochę jednorazowych maseczek w saszetkach i zrobię sobie domowe SPA. Skład większości maseczek szybko ostudził moje zapędy. Alkohol, PEG, SLS nie brzmią dla mnie ekskluzywnie. Zostaje więc przy domowych maseczkach i glinkach.

14. UBRANIA W SIECIÓWKACH



Jeśli czytaliście mój post prawdziwa cena szybkiej mody, to prawdopodobnie wiecie, jaki mam stosunek do większości sieciówkowych sklepów. W mojej szafie mam niewiele ubrań, które po zakupie w galerii handlowej, przetrwały kilka lat. Niestety, z 80% sieciówkowych ubrań, które kupiłam przez ostatnie siedem lat, wylądowały w koszu. Ubrania szybko się mechacą, rozciągają lub elektryzują. Nie chcę wydawać swoich pieniędzy na produkty, które posłużą mi maksymalnie dwa lata. Dlatego większość swoich ubrań kupuje z drugiej ręki. Wyjątek stanowią tylko buty, bielizna i zimowe kurtki.





15. PŁYN DO MYCIA SZYB


Skórki po cytrynie zalewam octem i rozdrabniam z wodą. Kupne płyny poszły w odstawkę.

16. ŚWIECE


Przez całe swoje życie kupiłam może dwie zapachowe świecie i trochę żałuję tego zakupu. Zapachowe świeczki przeważnie mnie drażnią, do tego zamiast ciepłego i romantycznego nastroju, czuje się jakbym była na cmentarzu.

17. PAPIEROWE KSIĄŻKI


Pewnie nie jednej osobie zatrzymało się serce, widząc tę pozycję. To prawda, nie kupuje nowych papierowych książek. Większość książek, które chcę przeczytać, są dostępne w miejskich bibliotekach. Jeśli czegoś nie ma, decyduję na wersję elektroniczną na ebooka. O smutnym losie książek pisałam tutaj.


18. SUCHY SZAMPON


W szkole średniej moje włosy jednego dnia wyglądały ok, a po przebudzeniu miałam wielkie ugniecione gniazdo, którego szczotka nie mogła rozczesać. Podpatrzyłam, że moje koleżanki używają suchych szamponów i nie chcąc być gorsza, zakupiłam sobie podobny kosmetyk. Szampon sprawował się dobrze, ale nigdy nie były to jakiś mój ulubieniec. Na studiach znalazłam filmik na domowej roboty puder na bazie skrobi ziemniaczanej. Jako puder się nie sprawdził, ale jako suchy szampon już tak. Kiedy moje włosy nie prezentowały się tak dobrze, wklepywałam sobie niewielką ilość skrobi ziemniaczanej, wmasowywałam w głowę i rozczesywałam. Brzmi jak totalna abstrakcja, ale to naprawdę działa!

19. LAKIERY DO PAZNOKCI


Mam tylko jeden lakier, który dostałam w prezencie urodzinowym. Używam go raz na jakiś czas, kiedy uda mi się trochę zapuścić paznokcie. Wiele lat obgryzałam paznokcie i niestety nie są one najładniejsze, dlatego wolę wmasować w nie olejek, aby ładnie lśniły. Lakier wystarczy mi więc tylko jeden, na specjalne okazje. Im większy wybór kolorów, tym dłużej czasu spędzamy na wybieraniu. Każda dziewczyna chyba to zna.

20. ODŚWIEŻAĆ POWIETRZA


Tak jak w przypadku świec, sztuczne zapachy mocno mnie drażnią. Kiedy jeszcze morska bryza łączy się z zapachem z toalety, to już w ogóle jest jakaś kumulacja zapachowa, której nie daję rady wdychać.


Powyższych rzeczy nie kupuję, bo w moim życiu nie są tak potrzebne, jak wcześniej myślałam. Nie oznacza to jednak, że każdy musi mieć tak samo. Może akurat to, co dla mnie jest zbędne, dla Was jest niezastąpione. 

Czytaj dalej »

wtorek, 19 maja 2020

ZERO WASTE W ŁAZIENCE – HIGIENA JAMY USTNEJ BEZ PLASTIKU


zero waste bambusowa szczoteczka, pasta do zębów  w słoiczku

Pozbycie się plastiku w łazience było dla mnie bardzo łatwe. Z jednym wyjątkiem – produkty do higieny jamy ustnej. Wymiana szczoteczki nie była problematyczna. Cena bambusowej szczoteczki nie jest przerażająca, nie mogę jednak tego powiedzieć o pozostałych produktach. Ich koszty mogą przekraczać nawet 70 zł. Chociaż w kwestii ekologicznych produktów przymykam oko na wysokie ceny, to kiedy widzę kawałek nitki za 30 zł, słyszę cichutki szloch mojego portfela.

BAMBUSOWA SZCZOTECZKA


Bambusowe szczoteczki stosuję już od bardzo dawna. Przetestowałam wiele marek  i powiem tak – szczoteczka jak szczoteczka, wszystkie myją tak samo. Warto jednak wybierać te, które od spodu są poryte specjalną farbą, w ten sposób unikniemy gnicia trzonka. Przez moją łazienkę przewinęło się sporo marek szczoteczek. Tym razem zdecydowałam się na taką ze sklepu  minieco. Do tej pory jest to najtańsza szczoteczka, jaką znalazłam podczas przeszukiwania ekologicznych drogerii. Więcej o bambusowych szczoteczkach pisałam tutaj.


PŁYN DO PŁUKANIA UST


Wszystkie sklepowe płyny do płukania ust są dla mnie za mocne. Dodatkowo ich skład też pozostawia wiele do życzenia. Kupno lepszego płynu, nie jest problemem, ale ich cena już tak. Najdroższy płyn, jaki znalazłam, kosztował ponad 70 zł. Skład naturalnych płynów do płukania jamy ustnej jest tak niewyrafinowany, że z łatwością jego składniki znajdziemy w kuchennych szufladach. Swój płyn postanowiłam przygotować sama. Przeczytałam kilka przepisów z tej strony, a następnie zrobiłam swoją zmodyfikowaną wersję z tego, co miałam pod ręką. Nie jestem wielką fanką kosmetyków DIY. Nie licząc peelingu do ciała, nie udało mi się nigdy stworzyć niczego, co by mnie jakoś zachwyciło. Do czasu aż przygotowałam sama płyn do płukania ust. Do jego przygotowania użyłam – tak jak wcześniej wspomniałam – tego, co miałam w kuchennej szafie. Zaparzyłam czystek i liście szałwii i dodałam trochę goździków. Do ostudzonego naparu trafiło kilka kropel olejku eterycznego legendarny mix, który jest mieszkanką pięciu olejków: goździkowego, cynamonowego, eukaliptusowego, cytrynowego i rozmarynowego oraz kilka kropel amolu. Nie chce zabrzmieć jak Pani z reklamy płynu do mycia naczyń, ale – ten płyn to prawdziwa rewelacja! Jest bardzo odświeżający i wyjątkowo delikatny. Zrobienie go zajmuje tyle, co zaparzenie herbaty. Na półce trzymam go do trzech dni, a po tym czasie przygotowuje nowy.

płyn do płukania ust
Może wygląd nie jest zniewalający, ale efekt już tak. Warto spróbować samemu wykonać płyn do płukania ust. 

PASTA DO ZĘBÓW


Z pastą miałam duży kłopot i chyba dlatego przez cały czas na moją półkę trafiały pasty w plastikowej tubce. Raz zrobiłam pastę domowej roboty, ale w ogóle mi to nie podeszło i raczej eksperymentować z domowymi pastami nie będę. Widziałam też pasty w tabletkach i innych fikuśnych formach. Nie wykluczam, że z ciekawości kiedyś je przetestuje, na ten moment jednak zdecydowałam się na pastę w słoiczku. Zamawiając szczoteczki, dorzuciłam do koszyka pastę marki BEN&ANNA. Pastę można kupić z fluorem i bez. Do wyboru, do koloru i według uznania, i poglądów. Wcześniej bardzo długo wzbraniałam się przed kupieniem pasty w słoiczku, ponieważ jedyną opcją, która mi się wyświetlała, była ta z marki Georganics, która kosztuje prawie 50 zł. Chyba nie muszę nikomu mówić, jaki jest studencki przelicznik i ile czego można kupić za te pieniądze. Pasta od BEN&ANNA jest o połowę tańsza, więc postanowiłam przestać się opierać i wypróbować.


Pasta ma bardzo miętowy i przyjemny posmak. Nie przypomina past domowej roboty. Dla mnie to duży plus.

NIĆ DENTYSTYCZNA


Oho, a co tutaj robi ten plastikowy brzydal? No niestety, nie wszystko jest tak idealnie. Mam nić dentystyczną w plastikowym opakowaniu. Ostatnio jedna z dziewczyn na grupie Zero Waste poleciła mi nić z serii Jordan Green, która jest sprzedawana w tekturowym opakowaniu. Jej cena to około 13 zł, wiec jest dużo tańsza od innych eko nici, ale niestety wciąż droższa od tych zapakowanych w plastik. Już miałam polecieć i kupić, żeby wszystko się ładnie prezentowało na blogu, ale na szczęście się opanowałam. Wykorzystam najpierw do końca to, co mam. Nici z Rossmanna się nigdzie nie ulotnią i będą tam na mnie czekać jeszcze długo, więc nie ma pośpiechu. W końcu wykorzystywanie do samego końca tego, co się ma i niekupowanie jest najbardziej ekologiczne.

Pudełko po nici można użyć ponownie. 
W kwestii higieny jamy ustnej wiele osób stosuje różne metody. Niektórzy myją zęby wyłącznie pastą, inni do całego pakietu dodają jeszcze ssanie oleju i czyszczenie języka specjalnym przyrządem. To już kwestia indywidualna każdego człowieka. Dla mnie taki pakiet jest wystarczający i bardzo ciesze się, że udało mi się w końcu wprowadzić bezplastikowe alternatywy.



Czytaj dalej »

wtorek, 12 maja 2020

EKOLOGICZE WIOSKI, DOMY I OSIEDLA

ilustracja: Justyna Bojczuk
Ekologiczne osiedle we Włoszech - 25 Verde. Ilustracja: Justyna Bojczuk

Jestem mieszczuchem z krwi i kości. Lubię to, że wszędzie jest blisko. Kina, teatry, muzea wszystko na wyciągnięcie ręki. Możliwe, że z wiekiem wszystko się zmieni. Zastąpię głośne i tłoczne miasta, cichą i spokojną wsią. Na ten moment jednak błogi spokój nie jest moim marzeniem.

Mówiąc o ekologicznym budownictwie, wielu ludziom przychodzi na myśl lepianka, szałas z plastikowych butelek lub jakaś dziura w lesie przykryta gałęziami. Chciałabym jednak przedstawić przykłady ekologicznych wiosek i osiedli, które udowodnią Wam, że  istnieją rozwiązania bardziej przyjazne środowisku. Znajdzie się coś dla miłośników wsi, jak i miast.

EKOWIOSKI


W Polsce całkiem popularna sprawa. Ekowioska to wspólnota, która nie przekracza dwustu mieszkańców. Jedna wioska może dzielić się na kilka mniejszych wspólnot, które ze sobą współpracują. Mieszkańców łączą podobne wartości i poglądy.

Wszystkie ekologiczne wioski starają działać się w taki sposób, aby ograniczać działania konsumpcyjne, wytwarzać samemu zasoby niezbędne do życia, nie marnować, nie produkować śmieci, zbierać i wykorzystywać rozsądnie zasoby natury. W dużym skrócie mówiąc, są to zasady permakultury.

Permakultura – gałąź projektowania ekologicznego, inżynierii ekologicznej i projektowania środowiska, tworząca zrównoważoną architekturę siedzib ludzkich i samoregulujące się systemy rolnicze na wzór ekosystemów naturalnych.

Ciekawym przykładem takiej wioski jest „Osada Twórców”, projekt samowystarczalnej osady, gdzie pasjonaci życia w zgodzie z naturą budowali domy ekologiczne i hodowali roślinność. Osada znajduje się w Marcinowie od czterech lat. Na jej terenie organizowane były tygodniowe wczasy, podczas których pracowało się na czterech stanowiskach tematycznych – ciesielstwo, budownictwo naturalne, permakultura i energetyka. Nie samą pracą jednak człowiek żyję. Wioska oferowała osadnikom kino polowe, saunę, staw i pyszną wegetariańską kuchnię.  Do zeszłego roku istniały również warsztaty, gdzie można było nauczyć się wytwarzać własne mydła lub piec chleb. Świetna alternatywa dla takich mieszczuchów jak ja, którzy lubią naturę, ale niekoniecznie mają ochotę zapuszczać korzenie z dala od miasta.  
Ekowioski
Jurta gotowa do zamieszkania. Fot: Agnieszka Czapi Trzepizur
ekowioski
Kuchnia główna, nic tylko jeść w tak sielankowym miejscu. Fot: Agnieszka Czapi Trzepizur

ekowioski
Warsztaty z robienia mydeł. Fot: Agnieszka Czapi Trzepizur

ekowioski
Prywatni ochroniarze. Fot: Agnieszka Czapi Trzepizur

DOMY KOPUŁOWE


Na ich punkcie oszalałam. Kopułowe domy, to nie tylko nietypowa architektura, ale przede wszystkim ogrom oszczędności. Dla osób przyzwyczajonych do klockowatej formy domów, widok kopuły może wydawać się dziwny. Zanim jednak uprzedzimy się do czegoś, dlatego że wygląda inaczej, warto poznać zalety takiego budownictwa.

Domy kopułowe są szybsze i tańsze w realizacji. Czas ich wykonania to około 4 miesięcy, a koszt jest tańszy o 30% w porównaniu z domem tradycyjnym. Taki rodzaj domów ogranicza straty ciepła, dzięki czemu oszczędzamy na ogrzewaniu. Dodatkowo do budowy takiego budynku potrzeba mniej materiałów. Na tym zalety się nie kończą, bo taki rodzaj budownictwa jest bardziej odporny na trzęsienie ziemi i huragany. Domy kopułowe powstają ze styropianu (co jest najmniej przyjazną opcją dla środowiska), drewna lub dzięki wielkiemu balonowi, który wypełnia się specjalną pianką, następnie układa się na nim zbrojenie i wylewa beton metodą natryskową.



EKOOSIEDLE WE WŁOSZECH


Ten budynek mieszkalny znajdujący w Turynie, swoim wyglądem przypomina… no właśnie ciężko mi znaleźć jakieś ciekawe porównanie. Blok jest naprawdę mocno fikuśny. Mieszanina cegły i stali, a do tego wszystko jest porośnięte bujną zielenią. Osiedle „jest wyposażone” w setkę drzew i innych roślin, które produkują w ciągu godziny 150 tysięcy litrów tlenu. Zachwyca mnie również fakt, że budynek posiada system, który oczyszcza deszczówkę! Ekologiczne osiedle 25 Verde – zaprojektowane przez architekta Luciano Pia – jest idealnym przykładem kreatywnego i przyjaznego środowisku budownictwa. Budynek stanowi swoistą atrakcję w mniej ciekawej części Turynu, który może odpychać wielu turystów. Osiedle przypomina dżunglę w środku wielkiego miasta.


Justyna Bojczuk


Jednym pewnie bardziej przypadną do gustu ekowioski, gdzie tworzy się wspaniałą wspólnotę z ludźmi, innym indywidualistom domy kopułowe. A takim mieszczuchom jak ja – ekologiczne osiedle na wzór tego w Turynie. Budownictwo przyjazne środowisku to nie tylko lepianki, czy szałas z patyków. Ekologiczne osady, domy i osiedla to dowód, że można żyć w zgodzie z naturą wszędzie!
A Wy gdzie byście najchętniej zamieszkali? Ekologiczna wioska, dom kopułowy, czy jednak zielone osiedle?


Ilustracja ekologicznego osiedla: Justyna Bojczuk 
Zdjęcia z Osady Twórców udostępniła mi Agnieszka, zobaczcie koniecznie Jej profil na FBtutaj


Źródła:



Czytaj dalej »

czwartek, 7 maja 2020

ŻAŁUJĘ, ŻE TO KUPIŁAM – NIETRAFIONE PRODUKTY ZERO WASTE


Nie wszystko to, co miało ograniczyć plastik w moim życiu, okazało się strzałem w dziesiątkę. Na mojej liście znalazło się trochę takich produktów, które mimo przyjaznego wpływu na środowisko, dla mnie były prawdziwym utrapieniem. Dzisiaj lista produktów, które okazały się zbędne lub zupełnie nietrafione.

KUBECZEK MENSTRUACYJNY


Nie znalazłam nikogo, kto powiedziałby, że jest niezadowolony z kubeczka menstruacyjnego. Słyszałam za to same zachwyty, dlatego mimo wielu niepowodzeń próbowałam dalej. Kubeczek stosowałam ponad rok. Początkowo myślałam, że może nie trafiłam z pierwszym kubeczkiem, dlatego zakupiłam kolejny, już innej marki. Niestety, zarówno w pierwszym, jak i drugim przypadku, kubeczki okazały się w ogóle ze mną nie współpracować. Gdybym była bohaterką w filmach Marvela, to kubeczek menstruacyjny byłby moim największym antagonistą. Nie czułam się z nim w ogóle komfortowo, a jego wyjęcie za każdym razem sprawiało mi ogromny problem. Im więcej czytałam pozytywnych opinii, tym bardziej myślałam, że chyba coś ze mną jest nie tak. Skoro ten kubeczek odpowiada absolutnie każdemu, to czemu ja jestem jakimś wyjątkiem? Podobno do trzech razy sztuka, ale szkoda mi trochę pieniędzy na coś, co znowu może okazać się klapą. Nie było chyba niczego, co spodobałoby mi się w kubeczku. Szkoda, bo produkty do higieny jednorazowego użytku nie są najzdrowsze dla naszego ciała, a na pewno nie są dobre dla środowiska.

WIELORAZOWE TORBY


Uważam, że wielorazowe torby na warzywa i owoce są bardzo przydatne. Problem w tym, że ja popadłam w zbieractwo. Całą szufladę zarówno tę w Szczecinie, jak i w Gdańsku mam wypełnioną wielorazowymi torbami. Niektóre woreczki uszyłam z resztek moskitiery, inne są po workach na buty (te używam najchętniej, bo są lekkie i trwałe). Większość rzeczy jednak pakuję luzem. Do woreczków lądują głównie ziemniaki i większe ilości jabłek. Ostatecznie przydałyby mi się maksymalnie dwa worki na warzywa i owoce, i jeden na chleb. A ile tego mam? 5 małych woreczków na produkty sypkie, 12 woreczków na warzywa i owoce, 3 woreczki na chleb. Wszystkiego jest najzwyczajniej w świecie za dużo. Przynajmniej na moje potrzeby.

SŁOMKI


Nie jestem tym typem człowieka, który uważa, ze słomki są całkowicie zbędne. Osoby, które dbają o zdrowe szkliwo, dobrze wiedzą, że poranną wodę z dużą ilością cytryny lepiej wypić przez słomkę. Osoby, które o zdrowie dbają trochę mniej, również dobrze wiedzą, że wielokolorowe drinki wchodzą smakują lepiej przez słomkę. Problem w tym, że przy kupnie wielorazowych rurek do picia, uległam starym nawykom. Zamiast wykorzystać to, co już mam w domu, zachciało mi się kupić coś, co jest takie ładne i będzie wyglądać stylowo na zdjęciach. W domu miałam dwie wielorazowe słomki (po takich słoiczkach z przykrywką). Mimo że plastikowe świetnie się nadają do picia, łatwo się je czyści i co najważniejsze – już je miałam. Najważniejsze w idei zero waste jest to, aby wykorzystywać ponownie. Ostatecznie nowe metalowe rurki zalegają na dnie szafy, a to te stare ciągle mam gdzieś pod ręką.


WAŁEK JADEITOWY


Nie jest to  coś z serii „niezbędnik zero waste”, ale jest to jeden z elementów naturalnej pielęgnacji. Masaż twarzy jest bardzo przyjemny, poprawia elastyczność skóry i krążenie krwi. Włożony do lodówki na noc, rankiem miał przynosić przyjemne ochłodzenie spuchniętej buzi. Zakup ponownie kierowany potrzebą posiadania czegoś stylowego, co polecają inni. I ponownie zbędny. Do masażu twarzy najlepiej sprawdzają się własne dłonie. Na YouTube jest sporo filmów i technik pokazujących jak wykonywać masaż za pomocą dłoni, który poprawi stan naszej skóry i to bez pomocy gadżetów.


WOSKOWIJKA


Jest to absolutnie zbędny gadżet. Zamiast folii spożywczej, jedzenie można przykryć talerzykiem, lub przepakować do wielorazowego pudełka. Kanapki również można zapakować w czystą ściereczkę kuchenną lub pudełko. Skusiłam się jednak, bo uległam temu, co pokazują dziewczyny na swoich Instagramach. Byłam przekonana, że dla woskowijki znajdzie się miejsce w kuchni i zawsze się do czegoś przyda. Problem w tym, że ona absolutnie nie dopasowywała się pod wpływem ciepła rąk do naczynia. Jako opakowanie do kanapek nie przypadła mi również do gustu. Ostatecznie skończyła gdzieś na dnie szafy. Próbowałam ją ostatnio reanimować. Oczyściłam z tego wszystkiego, co przez kilka miesięcy przykleiło się do niej w szafie. Niestety, wosk się zrolował, cała ściereczka jest pokryta jakby piaskiem. Zdecydowanie to był zbędny zakup.

NATURALNA PIELĘGNACJA


Łazienka była najłatwiejszym miejscem do wyeliminowania plastiku. Szybko żele do buzi zastąpiłam naturalnymi mydłami z Aleppo. Zapach mydła był wyjątkowo odpychający, chłopak nie podchodził do mnie na krok. Szybko zaczęłam szukać jakiejś alternatywy. Opcja wymiany chłopaka nie wchodziła w grę, więc w mojej łazience pojawiało się coraz więcej nowych kosmetyków. Od mydeł w kostce, po naturalne oleje w stylowych szklanych butelkach. Szybko przekombinowałam, a moja skóra ogromnie to odczuła. Takich problemów z cerą nie miałam nigdy. Nie zrozumcie mnie źle, naturalna pielęgnacja jest super. Trzeba jednak wiedzieć co do czego i jakie kosmetyki dobierać, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Wróciłam więc do żelu w plastikowej tubie, który sprawdza się dobrze. Od tej pory mam niewiele kosmetyków. Mimo że w plastiku, to mi służą. Moja łazienka nie jest zero waste, ale jest minimalistyczna.



Długo zastanawiałam się, czy jest jeszcze coś, co rozczarowało mnie w ograniczaniu plastiku. Nic innego nie wpadło mi do głowy. Kubeczek menstruacyjny i woskowijka to przykłady typowych dla mnie bubli. Pozostałe rzeczy, które wymieniłam, to wina braku umiaru, „dawania się robić” i braku zdrowego rozsądku.

Cieszę się, że wyleczyłam się z myślenia o zero waste, jak o szpanerskim stylu życia z masą pięknych drewnianych i metalowych rzeczy. Po latach nauczyłam się w końcu, czym jest umiar. Posiadanie wielorazowej plastikowej słomki i jednego żelu do twarzy w plastikowej tubce jest lepsze dla środowiska, niż kupowanie multum zbędnych rzeczy, które ktoś polecił, ponieważ są bez opakowania. Najbardziej ekologiczny jest umiar! Niby zawsze o tym wiedziałam, ale jednak – złe przyzwyczajenia dają o sobie znać.

Czytaj dalej »

wtorek, 28 kwietnia 2020

PRAWDZIWA CENA SZYBKIEJ MODY


katastrofa w Bangladeszu
Widok na zawalony budynek. Fot: Rahul Talukder

Z zawalonego budynku w Szabcharze ratownicy i wolontariusze wynoszą martwych. Nad ich zwłokami unosi się chmara much, których gwar zagłuszają krzyki ludzi. Te obrazy zostały mi w pamięci jeszcze długo po obejrzeniu dokumentu „True Cost”.

Niedawno minęło siedem lat od katastrofy, która miała miejsce w Bangladeszu. Zginęło 1127 osób, 2500 zostało rannych. Co było przyczyną zawalenia budynku?


Rana Plaza to kompleks, w którym znajdowały się szwalnie dla najpopularniejszych (w tym polskich) marek. Zaprojektowany został z myślą o pięciu piętrach. Nielegalnie dobudowano jeszcze trzy. W pomieszczeniach nie powinny znajdować się maszyny tekstylne i wielkie generatory. Według śledczych to ich drgania doprowadziły do zawalenia budynku. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że pracownicy szwalni informowali przełożonych o niebezpieczeństwie. Niestety, nikt ich nie posłuchał.


Świat na chwilę staje w miejscu. Bardzo krótką chwilę, bo pojawiają się głosy bagatelizujące sprawę. W dokumencie „The True Cost” była managerka ds. zaopatrzenia Joe Fresh – Kate Ball Young twierdzi, że przemysł modowy jest lepszą alternatywą dla pracowników, niż inne niepewne zawody. Dodaje również, że to nie jest nic niebezpiecznego – „To nie praca górnika”. Jak jest naprawdę?


Niebezpieczeństwo, związane z szybką modą, jest wyraźne na każdym etapie produkcji. Przykładowo do uprawy bawełny wykorzystywane są szkodliwe pestycydy, nawozy sztuczne oraz hektolitry wody (wyprodukowanie jednego T-shirtu, pochłania 2700 l wody). Najczęściej używanym pestycydem jest Aldicarb, który jest wyjątkowo szkodliwy dla środowiska i ludzi. Po przedostaniu się przez skórę może spowodować śmierć. W kolejnych etapach produkcji nie jest wcale bezpieczniej. Wzmacnianie przędzy wykonuje się za pomocą sody kaustycznej, która działa silnie żrąco. Jak łatwo się domyślić, wielkie marki odzieżowe nie używają do barwienia naturalnych pigmentów. Przykładem są barwniki azowe, które mogą wywoływać astmę. Barwnik ten jest uważany za główną przyczynę zanieczyszczania wód w okolicach fabryk. Nie tylko bawełna może być szkodliwa. Większość tkanin w produkcji masowej zawiera szkodliwe substancje, o których można przeczytać: tutaj

Kiedy tekstylia są gotowe, trafiają do szwalni. Zapomnijmy o nowoczesnym kompleksie, który oferuje pracownikom wygodne miejsce pracy, długie przerwy i pakiet multisport. Rana Plaza nie jest jedynym przykładem zaniedbań – chociaż to zbyt łagodnie powiedziane – do jakich doprowadziły wielkie marki odzieżowe. Rok przed zawaleniem budynku w Szabcharze doszło do pożaru w innej fabryce. 


24.11.2012 roku pracownicy fabryki w Tazreen Fashions w Ashulia (Bangladesz) dostali
zakaz ewakuowania się z budynku, kiedy włączył się czujnik dymu. Zamiast tego zostali zamknięci w fabryce, aby zachować ciągłość produkcji. Łącznie zginęło 112 osób. Rok później doszło do podobnej tragedii w Pakistanie. Na krótko przed pożarem Fabryka Ali Enterprises otrzymała certyfikat bezpieczeństwa, wydany przez prywatną firmę audytorską. Budynek nie spełniał podstawowych norm bezpieczeństwa. Brak wyjść przeciwpożarowych i zakratowane okna spowodowały, że ludzie nie mogli znaleźć drogi ucieczki. W pożarze spłonęło 286 osób.


Nie tylko miejsca pracy pozostają niebezpieczne. Niejednokrotnie na sklepowych półkach można zobaczyć jeansową odzież, która jest wystylizowana na „znoszoną”. Uzyskanie tego efektu jest możliwe na dwa sposoby. Niestety, często wykorzystuje się tą bardziej niebezpieczną dla zdrowia.


Piaskowanie to technika, która powoduje choroby płuc, w tym krzemicę. Chociaż większość zachodnich marek zakazała tej praktyki, nadal dochodzi do łamania tych zasad. W wywiadzie dla CleanClothes pracownicy potwierdzają, że piaskowanie nadal jest praktykowane. Często pod osłoną nocy tak, aby uniknąć wykrycia przez inspektorów. Pracownikom, którzy pracują w takich warunkach, nie przysługuje opieka medyczna. Często też osoby, które wykonują piaskowanie, nie posiadają profesjonalnego sprzętu ochronnego.  


Poniżej zamieszczona została tabela, która zawiera informację o stosunku marek do piaskowania:




Pracownicy nie mogą wziąć chorobowego lub odmówić pracy w niebezpiecznych warunkach. Wielu ludzi musi ryzykować swoje zdrowie i życie dla 8000 tk (ok. 394 zł) miesięcznie. Wcale jednak nie jest powiedziane, że wszyscy pracownicy taką pensję otrzymują. Wypłata, nawet ta zawyżona i tak nie wystarcza na podstawowe potrzeby. Clean Clothes szacuje, że pracownicy powinni zarabiać dwa razy tyle, aby móc  spełnić minimum potrzeb takich jak: wykształcenie dzieci, opłata za mieszkanie, transport miejski.






Po katastrofie w Szabcharze powstały organizacje, które zwracają uwagę na świadomą modę i walczą o poprawę warunków pracowników. Warto patrzeć na ręce markom odzieżowym. Obietnice koncernów mogą być tylko pustymi słowami. Nie można  zakładać, że każda szwalnia w krajach Trzeciego Świata jest zła. Również nie każda szwalnia na terenie UE musi być etyczna. Do wszelkich patologii może dochodzić wszędzie. Dlatego tak istotna jest transparentność firm.


Wszystkie ubrania w naszej szafie mają swoją historię. Ciekawa jestem, ile z nich trafiło do sklepów właśnie z tych fabryk, w których doszło do tak przeraźliwych tragedii. Ile razy zapłaciliśmy za ubranie wykonane przez pracownika, którego łamane są prawa. Dziesięć złotych na metce bluzki, to coś więcej niż super okazja. Prawdziwy koszt ubrań skrywa swoją mroczną historię. Kupując w sklepach z szybką modą, nie wspomagasz pracowników.  Wspierasz za to tych przedsiębiorców, którzy są odpowiedzialni za śmierć, biedę i choroby tysięcy ludzi.  

 Zachęcam do obejrzenia zdjęć Rahula Talukder: tutaj


Żródła:


Czytaj dalej »