sobota, 23 stycznia 2021

Sens naszych słów



Tłuste krówsko, uparta jak osioł, brudna jak świnia to tylko nieliczne przykłady, które pokazują, jak pejoratywnie stały się dla nas niektóre określenia. W naszym słownictwie obrywa się nie tylko zwierzętom. 

Zwierzęta zawsze kojarzyły mi się z czymś dobrym. Uważałam je za inteligentne i czujące stworzenia. Taki stan rzeczy chyba wyniosłam z domu. Do dzisiaj pamiętam, że moja mama zawsze powtarzała, że krowy mają piękne oczy. Kiedy więc powiedziałam jednej swojej koleżance „masz rzęsy jak u krowy” na losy całego świata, nie potrafiłam zrozumieć jej oburzenia. Przecież krowy mają piękne długie rzęsy. Dlaczego więc moje - wydawałoby się - logiczne stwierdzenie, wywołało tyle konsternacji?


Oczy krowy


Krowa w końcu od zawsze była ucieleśnieniem paskudztwa. To samo tyczy się pozostałych zwierząt hodowlanych. W naszej potocznej mowie te negatywne określenia tak bardzo weszły w codzienność, że postrzeganie zwierząt jako brudnych i leniwych, stało się czymś naturalnym. 


Nic dziwnego więc, że kiedy pojawia się dyskusja na temat praw zwierząt słychać krzyki, że to przecież tylko zwierzęta. Ciężko jest dojrzeć dobro w istotach, które od lat noszą metkę usposobienia zła. A gdyby się tylko przyjrzeć zachowaniu zwierząt, to można dojrzeć w nich prawdziwe piękno. 


Słowa potrafią bardzo mocno przedrzeć się do naszego światopoglądu. Kto kiedyś nie usłyszał takich stwierdzeń jak „nie płacz jak baba” i „nie bądź cipa”. Dlaczego właśnie kobiece cechy oznaczają słabość? Może właśnie chłopaku, powinieneś czasem wypłakać się jak ta przysłowiowa baba. Niech Ci łzy ciekną ciurkiem, masz w końcu prawo do złości, gniewu i bezradności. Płacz rozładowuje nasze emocje, ostatecznie nas uspokaja i pozwala zacząć racjonalnie myśleć. Gdyby się więc nad tym zastanowić, to te wszystkie „płaczące baby” ostatecznie zawsze podejmą właściwe decyzje.   



Kobiety nie są słabe 

Gdyby przyjrzeć się rodzinnym historiom to właśnie kobiety decydują się na opiekę nad swoim chorym dzieckiem lub schorowanym rodzicem. Latami więc pielęgnują, leczą i dbają o osoby, które nawet nie są w stanie okazać im miłości. W przypadku wielu chorób umysłowych lub tych wywołanych starością może dochodzić również do agresji wobec opiekunki. One to wszystko znoszą. Chociaż po latach pozostają wrakami, wymęczonymi swoją troską i miłością. Kobiety potrafią  nosić na swoich barkach prawdziwy ciężar. Dla mnie jest to oznaka prawdziwej siły, której nie może wykrzesać z siebie niejeden mężczyzna. Chociaż zdarzają się piękne wyjątki. 



Cipa stała się słowem obraźliwym. Obelgą, którą unikają silni macho. Gdyby jednak słowo to miało oddawać prawdziwą siłę kobiet, a nie tą wykreowaną przez mizoginistyczny świat, to może współcześnie określenie kobiecych narządów oznaczałoby coś zupełnie innego. 


Ale dziwka! 


Moja ciocia miała cudowny dar nadawania negatywnym zwrotom pięknych znaczeń. „Wieśniara” tak bardzo przyjęło się w moim domu, że tym słowem obdarzamy każdego szczęściarza. Masz dobrą pracę? Chodzisz na siłownie? Masz piękny dom, samochód i dzieci? W mojej rodzinie nie jesteś więc synonimem sukcesu, jesteś najzwyklejszym wieśniakiem! I noś to słowo z dumą, bo jeśli padnie ono z naszych ust, to znaczy, że naprawdę budzisz podziw. 


Niedawno moi rodzice przytoczyli mi pewną historię. Kiedy byłam małym dzieckiem, mającym kilka dni, moja ciocia na mój widok wykrzyknęła - ale dziwka! No cóż, prawdopodobnie czytając taki opis, niejednemu z was wyskoczyły oczy ze zdziwienia. Bo jak to tak, do małego dziecka wyzwiskami? W 1995 nikogo z obecnych - a już zwłaszcza mnie - nie obruszyły te słowa. Dziwka bowiem w ustach mojej cioci oznaczała dziarską, fajną dziewuchę. Nim jednak rzucicie się w moją stronę z takim komplementem, dajcie sobie na wstrzymanie. Co w słowniku mojej cioci było pozytywnym określeniem, niekoniecznie musi tak brzmieć z waszej strony.


Kłamstwo powielane wiele razy sprawia, że po czasie postrzegane jest jako prawda. Ile więc to żarcików i niewinnych dowcipasków rzuconych bez namysłu na temat blondynek, złych żon gnębiących swoich mężów, czy mniejszości seksualnych sprawiło, że dzisiaj postrzegamy pewne grupy ludzi tak, a nie inaczej. Nasze słowa w pewien sposób formują nasze otoczenie i jego postrzeganie. One mają moc. Potrafią budować i bardzo szybko niszczyć. Tylko od nas samych zależy to, jaki świat chcemy kreować. 





Chciałabym bardzo pięknie podziękować mojej przyjaciółce za przygotowanie dla mnie ilustracji do tekstu. Jeśli jesteście ciekawi jej prac, to zapraszam na Instagram Patrycji @portretowani 


Czytaj dalej »

czwartek, 7 stycznia 2021

Minimalizm: czas na mniej - co poszło nie tak i czemu mi z tym dokumentem nie po drodze?




Minimalizm fajna rzecz. Lubię mieć tylko przydatne przedmioty i lubię ciągle minimalizować swoją przestrzeń. Mogłoby się wydawać, że nowy dokument Netflixa przypadnie mi do gustu, a jednak… coś poszło nie tak. 


Strasznie ckliwy


Joshua Fields Millburn sprzątając mieszkanie matki, natrafia na 3 pudełka z jego pracami z dzieciństwa. Stwierdza on, że matka czuła żal, że w dzieciństwie przez swój alkoholizm odpychała swoje dziecko. Dlatego właśnie trzymała te rzeczy, aby mieć jego cząstkę. Moim zdaniem większość mam trzyma prace i sprawdziany swoich dzieci. Nie musi to być związane z błędami macierzyńskimi.


Tematy związane z alkoholizmem, samotnością i brakiem poczucia bezpieczeństwa są bardzo ważne. Uważam jednak, że wywlekanie tego w takim dokumencie nie ma zbytnio sensu. Zabieg ten został zastosowany wyłącznie po to, aby sztucznie wywołać łzy. 


Nie bardzo rozumiem też, co ma wspólnego alkoholizm z gromadzeniem. Oczywiście, kompulsywne zbieractwo ma swoje podłoże w psychice. Tutaj jednak nie szłabym tak daleko. 


Joshua więc patrzy w kamerę, co chwila rozgląda się raz w lewo, raz w prawo. Spuszcza wzrok, robi dramatyczne pauzy i wylewa z siebie słowa żalu i smutku. Czy jednak to wniosło jakąś wartość dodatnią w filmie? Nie. 


Okej... oni nawet na plakacie wyglądają, jakby grali w teledysku ATB. 



Amerykański sen, który się przejadł 


Młodzi mężczyźni, którzy w wieku 28 lat osiągnęli już wszystko. Wielki dom, drogie samochody, markowe garnitury. Dzięki karierze zawodowej mogli mieć wszystko. Dochodzą jednak do wniosku, że - pieniądze szczęścia nie dają. Zaczynają więc na nowo układać swoje życie. Ruszają nawet ze stroną o minimalizmie, gdzie edukują, jak wyzbyć się rzeczy. Oczywiście strona zostaje największym hitem lata, a oni stają się bardzo szybko popularni. 


Chłopaki nacieszyli się swoimi drogimi cackami, a teraz mówią innym, że w sumie to nie było warto. Amerykański bogacz ze stertą przedmiotów może przytaknie. Biedny absolwent studiów humanistycznych raczej się rozśmieje. 


Nie twierdzę, że takich problemów nie ma. Dokument ten jednak nie pokrywa się w ogóle z moim otoczeniem i moimi potrzebami. 





Joshua skrada show 


Prowadzących jest dwóch. To jednak Joshua skrada prawie cały dokument. A szkoda, bo uważam, że jego kompan Ryan Nicodemus też ma wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. W dokumencie ma tylko kilka linijek, ale ja się z nimi wszystkimi zgadzam. 


Ryan jako jedyny w pewien sposób podkreśla, do kogo dokument jest skierowany. Do takich jak on, czyli bardzo bogatych. Dzięki temu łatwiej mi się zdystansować do jego praktyk. Bo wiecie… on może zamienić dom na mniejszy. Ja na takie działania nie mam co się porywać. 


Dużo bardziej odpowiadał mi już program, w którym Marie Kondo pomaga uprzątnąć czyjeś domy lub mieszkania. Tam ludzie nie mają problemu zza dużą ilością markowych ubrań, czy drogich samochodów. Oni gromadzą większość rzeczy z obawy przed tym, że kiedyś może się przydać. Trzymają, bo jest to dla nich sentyment. Zostawiają, bo liczą, że jeszcze kiedyś wejdą w jakieś ubranie. A Marie im tłumaczy, że to tylko przedmioty, które nie poprawiają ich jakości życia. 


Porównując ze sobą - mogłoby się wydawać - ambitny dokument Netflixa z przyjemnym programem o organizacji wnętrz, to dużo ciekawszy wydaje mi się ten odcinkowy serial. Z tego coś wyniosę i wyzbędę się złych nawyków. Z dokumentu wyniosłam tylko frustrację. 





Czytaj dalej »

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Minimalizm w praktyce - 13 rzeczy, których pozbyłam się przed nowym rokiem



Witajcie moi drodzy. Bardzo dawno się nie odzywałam, ale było ostatnio dużo zmian w moim życiu. Znowu wróciłam na stałe do Szczecina, skończyłam studia i znalazłam pracę. W związku z taką ilością zmian musiałam do wszystkiego na nowo się przystosować. Niestety, mój blog ucierpiał na tym najbardziej. Jednak wróciłam i obiecuję, że raz na jakiś czas się coś tutaj pojawi. 


Chciałabym też poinformować o drobnej zmianie na blogu. Od dzisiaj tematyka zero waste będzie trochę rzadziej poruszana. Mam już odrobinę przesyt tego tematu. Zamiast tego będą częściej pojawiać się recenzje książek. A jeśli ktoś jest ciekawy więcej, to zapraszam na mój bookstagram @laurkaliteraturka 


Dzisiaj trochę o wyrzucaniu. Od kilku lat staram się zminimalizować liczbę posiadanych rzeczy. Wydaje mi się jednak, że im dłużej to robię, tym rzeczy jest więcej. Wyjazd do Gdańska nauczył mnie żyć z niewielką liczbą przedmiotów. Jednak to tutaj w Szczecinie, w swoim rodzinnym domu, miałam prawdziwe skarby z zamierzchłych czasów. Wyrzucenie tego wszystkiego przyniosło mi ogromną satysfakcję.


Z czym się pożegnałam? 


Karty stałego klienta

Ja wiem, że wypchany portfel robi wrażenie. Lepiej jednak, aby wypychały je pieniądze, a nie karta do wypożyczalni DVD. Wszystkie karty stałego klienta można już mieć w wersji elektronicznej. Zostawić najważniejsze, resztę pociąć i wyrzucić. 





Lakiery do paznokci 

Miałam całe pudełko lakierów, które pamiętały jeszcze moją obsesję na punkcie Zmierzchu. Wszystkie glutowate, przeterminowane i stare lakiery najlepiej zawieźć do PSZOKu. 


Dokumenty

Z 4 teczek z dokumentami zrobiła się jedna. Byłam bezlitosna. Wyrzuciłam wszystkie dyplomy za największą muszelkę, dyplomy za udział  w konkursach, stare wyniki badań, nieaktualne umowy. W koszu znalazł się również dyplom otrzymany na absolutorium. 


Kable, kabelki, kabeleczki

Jak ja żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia swojej szuflady przed. Cała szuflada wypchana kablami i ładowarkami, starymi telefonami. Do PSZOKu trafiły dwie torby kabli. Pusta szafa ogromnie mnie teraz cieszy. 


Bardzo często nie chcemy wyrzucać starego sprzętu z obawy o utracenie zdjęć. Moje niektóre stare telefony nie chciały się już nawet odpalić. Nie odkładałam ich do szuflady z nadzieją, że kiedy indziej się uda. Te wszystkie kabelki i elektryka musi zniknąć! 


Wypisane długopisy 

Tu nie ma nawet co tłumaczyć. Uwierz mi, nie kupisz nowego wkładu. Nie… wyrzuć. 





Pamiątki

To jedna z najbardziej bolesnych rzeczy. No bo jak to, wyrzucić pamiątki? Sama mam pudełko z pamiątkami, gdzie trzymam najważniejsze rzeczy. Z czasem jednak tracą one dla mnie na wartości. Kiedyś wygrzebałam jakiś bilet autobusowy. Prawdopodobnie z jakiejś mojej gimnazjalnej randki. Teraz nie miał on dla mnie żadnego sentymentalnego znaczenia. 


Dużo ciężej było mi się rozstać z czymś ładnym, sentymentalnym, ale zupełnie bezużytecznym. Miałam kilka takich rzeczy, głównie takich z serii “DIY”. Chcę jednak, aby pamiątki, które zatrzymuje miały ogromną wartość sentymentalną. Rzeczy mniej sentymentalne wylądowały w koszu. 


To się jeszcze naprawi

Okej, naprawianie jest mega ważne. Pozwala zredukować rosnącą górę śmieci. Trafiają się jednak takie rzeczy, których nie naprawisz, nie zszyjesz, nie załatasz, nie skrócisz. Leży to już, któryś rok i ani nie cieszy, ani nie jest użyteczne. Ja tak miałam z okularami przeciwsłonecznymi. Odpadła od nich śrubka. Szkiełko z okularów ciągle się osuwało, a okulary przestały pełnić swoją funkcję. Zastępczej śrubki nigdzie nie znalazłam, więc mimo chęci naprawy, okulary poszły tam, gdzie raki zimują. 


Dziurawe skarpetki i wielkie galoty 

Wiecie jaką wojnę stoczyłam z majtkami? Ta batalia trwała wieczność, ale muszę przyznać, że to, co teraz mam mnie bardzo zadowala. Wszystkie skarpetki eleganckie, bez dziurek. Bielizna wyłącznie taka, jaka mi się podoba. Pozbyłam się niepraktycznej bielizny, której nie zakładałam chętnie i takiej, która miała nadrukowane brokatowe dinozaury i kwiatki. To samo zrobiłam ze strojem kąpielowym. Nie przepadam zbytnio za bikini. Nie czuje się w nich komfortowo. Zostawiłam sobie jeden strój jednoczęściowy na basen. 


Zeszyty 

Skończyłam podstawówkę, gimnazjum, technikum, studia. A w domu nadal mam zeszyty. Wyrwałam z nich czyste kartki (przydadzą się zawsze), a zeszyty i zapisane w nich mądrości wyrzuciłam. 


Ubrania

W całym tym szaleństwie wyrzuciłam masę ubrań. Dwa lata mieszkania poza domem i z dala od większości moich rzeczy, uświadomiły mi, co lubię nosić, a czego nie. Jeśli po kilku miesiącach ubrania nadal się nie sprzedały na vinted, to wszystko inne trafia do kosza. Moja szafa jest mała, mam w niej niewiele ubrań, ale wszystkie lubię. 


Przybory do domowego SPA

Okej, teraz trochę obleszka. Jestem przekonana, że masz w domu jakiś stary pumeks, który nosi na sobie ślady z tego ostatniego romantycznego piłowania pięt w 2010 roku. To samo z zajechanymi pilniczkami do paznokci i wszystkimi przeterminowanymi próbkami kosmetycznymi. 


Wieszaki brzydaki 

Miałam w domu prawdziwą kolekcję różniastych wieszaków. Większość z nich z lubością deformowała moje ubrania. W Gdańsku zakupiłam kilkanaście sztuk takich samych wieszaków (i tak, wszystkie je przywiozłam ze sobą - nie oceniajcie). Wieszaki wymieniłam, a cała szafa prezentuje się teraz dużo lepiej. 


przed




po


Płyty CD i DVD

Miałam całą półeczkę z płytami cd i dvd. Nic wartościowego. Kolędy Golców, jakieś zdjęcia, które od stu lat mam na chmurze, gry z gazetek, więcej płyt Golców (były w Tinie kiedyś - nie oceniajcie znowu). Zostawiłam tylko płytę Beaty Kozidrak, bo Beatę to ja szanuję. 


Ubranka dla dzieci

Hm… mam skrzynkę z rzeczami dla przyszłych dzieci. O ile kolekcja Martynek czy mój ulubiony mały pluszak jest warta zachowania, to nie byłabym przekonana, czy moje dziecko chciałoby nosić sztruksowe brązowe dzwony. Pozbyłam się tego.


Czego nie wyrzuciłam? 

Nie ma tak idealnie. Rozsądek mi podpowiada, że powinnam to wszystko wyrzucić, ale moje serce mi nie pozwala. 


Mój pierwszy pluszowy miś 

Od swojego taty na pierwsze urodziny dostałam gigantycznego zielonego psa. Siedzi na szafie, zakurzony i dogorywa. Wiem, że ze względu na plantacje roztoczy na nim, to nie jest potencjalna zabawka dla mojego bardzo przyszłego dziecka. Mimo wszystko nie mam serca się z nim rozstać. 





Kalendarzyk z 2016 roku 

Pierwszy świąteczny prezent od mojego chłopaka. Cudowny kalendarzyk z przepiękną okładką. Nie potrafię się go pozbyć, chociaż miałam już do niego tysiące prób. Nie rozumiem czemu, to takie irracjonalne. 


Kurs języków

Uzbierana kiedyś w jakiś magazynie (prawie) cała kolekcja kursów językowych. Dobrze wiem, że nigdy nie odpalę tego kursu. Szkoda mi go wyrzucić na śmietnik, bo to jednak całkiem wartościowa rzecz. Powinnam wrzucić na jakąś grupę, żeby ktoś przytulił te moje kursu. Ale jakoś nie mam ochoty na kontakty z ludźmi. Także… kurs został i zajmuje skurczybyk półkę. 


Jak widać, nie jestem jednak taka bezlitosna. Najgorsze jednak, że mimo wynoszenia śmieci przez kilka weekendów z rzędu, odnoszę wrażenie, że ciągle jestem przytoczona przedmiotami. Czasem tracę nadzieję, że kiedykolwiek będę mogła się z tego wszystkiego uwolnić. Chociaż bardzo możliwe, że popadam też w jakąś obsesje wyrzucania. No cóż, każdy ma swoje świry. 



Czytaj dalej »

sobota, 3 października 2020

NIEWIDZIALNY GDAŃSK



Wejść na krótką chwilę do świata niewidomych, czy to możliwe? Możliwe! Razem z koleżankami miałam przyjemność – i to słowo nie jest tutaj przypadkowo – zobaczyć świat wszystkimi zmysłami, z wyjątkiem tego jednego – wzroku.  

Co prawda świat ten był wersją demo, najłatwiejszym poziomem z samouczkiem, który co krok podpowiada Ci, jak wykonywać zadania. Moim samouczkiem była Pani Agnieszka, która wzrok traciła stopniowo, a dziś jest codziennie w Niewidzialnym Gdańsku, aby pokazać swój świat innym.

NIEWIDZIALNY GDAŃSK

Niewidzialny Gdańsk jest miejscem, gdzie zostajemy wprowadzeni w zupełną ciemność, tam musimy się odnaleźć w zupełnie codziennych sytuacjach. Czy to jest łatwe? Nie, bo chociaż na co dzień robię to wszystko z palcem w nosie, to tutaj sprawa miała się zgoła inaczej. W przeciągu kilku pierwszych sekund odczuwałam setki emocji jednocześnie.

EMOCJE

Początkowo cieszyłam się jak dziecko, bo to coś nowego, ekscytującego i dla mnie – nietypowego. Uniesienie szybko dopadła panika. Kiedy zrozumiałam, że jestem w zupełnej ciemności moja wyobraźnia wyostrzyła się milionkrotnie. Serce zaczęło bić szybciej, a moje ręce nerwowo szukały koleżanek. Chciałam tylko wiedzieć, że nie jestem w tej ciemności sama, że ktoś jest obok mnie. Później usłyszałam głos Pani Agnieszki, a mnie zalała fala spokoju. Miałam już stuprocentową pewność, że nic mi się nie stanie, a to tylko „eksperyment w kontrolowanych warunkach”. Spokój również nie trwał długo, bo zaraz przyszła ogromna irytacja, że nie umiem wykonać tak prostych czynności. Później, później już była tylko dobra zabawa i ciekawość.

TEN CHOLERNY LATAJĄCY ŁUK

Śmiejcie się lub nie, ale przez cały czas odnosiłam wrażenie, że nad moją głową unosi się latający łuk, który tylko czeka, żeby niespodziewanie przywalić mi w głowę. Mogę posunąć się nawet do stwierdzenia, że czułam jego oddech na karku. To uczucie towarzyszyło mi od samego początku, aż do końca, Ja się schylam, a tam łuk. Skręcam, a tam łuk. Robię krok do przodu, do tyłu, siadam, oddycham, wszędzie ten cholerny łuk.

Wielokrotnie w domu, budząc się jak jakaś emerytka o 4 w nocy, potrafię w zupełnych ciemnościach i bez problemu odnaleźć łazienkę, a następnie szybkim i prężnym krokiem – uciekając przed duchami – zmierzam w kierunku duchoodpornej kołdry. Trasę znam na pamięć, wiem mniej więcej, za ile będą drzwi i wiem, że nie wpakuje się w nie rozpędzona jak pociąg. Tutaj jednak byłam na obcym terenie, skazana na większe przestrzenie niż odcinek z łóżka do toalety. Łuk więc postanowił mi towarzyszyć na każdym kroku. Czułam się niepewnie, przez co wszystko wykonywałam wolno i ślamazarnie. Zupełnie inaczej niż Pani Agnieszka. Chociaż nie widziałam jej, to wyobrażałam sobie, jak zgrabnie przemieszcza się między wszystkimi przeszkodami. Nie widziałam, ale czułam, z jakim spokojem i pewnością porusza się w tym świecie, który mnie paraliżował.

TOP SECRET

Nie mogę Wam zdradzić, co dokładnie działo się w tych ciemnościach i jakie zadania musiałyśmy wykonać wspólnie z koleżankami. Myślę jednak, że nikt się nie pogniewa, jeśli uchylę rąbka tajemnicy. Kiedy już trzeba było kończyć zabawę, była chwila na rozmowę. Siedziałyśmy w ciemności i rozmawiałyśmy, a że z natury jestem wnikliwą dziewuchą, to gdyby nie ograniczający nas czas, zagadałabym Panią Agnieszkę na śmierć. Byłam ogromnie ciekawa jej świata, miałam wiele pytań. Chciałam wiedzieć, jak sobie radzi, co jej sprawia trudności, co wkurza, a co lubi. W tej fali pytań były też takie ciepłe babskie pogaduchy, w których dowiedziałyśmy się o tym, jak poznała swojego męża lub to, gdzie uczą się jej córki.

Bycie niewidomym to nie tylko wieczna walka z trudnościami świata i przeklętymi hulajnogami, które byle jak parkowane są na chodnikach. To również – co nie powinno być zaskakujące – rodzinne życie, ciepła herbatka pod kocykiem, imprezy przy wódeczce, kłótnie przy grach planszowych i rozdrabnianie resztki mydła z wodą, żeby starczyło jeszcze na kilka myć – to robi każdy, bez wyjątku.

NIEWIDZIALNE OTWIERA OCZY

Cały ten eksperyment otworzył mi oczy i pokazał dwie istotne rzeczy. Po pierwsze trzeba być wdzięcznym i umieć docenić swoje zdrowie. Po drugie nie można być ignorantem. Kiedyś na wiele rzeczy machnęłabym ręką. Teraz na tak wiele niepozornych rzeczy będę zwracać większą uwagę. Chociażby na to, aby nie odkładać hulajnogi byle gdzie, albo na lepsze przystosowanie mojego bloga dla osób niedowidzących lub niewidomych. Chociaż wprowadzenie takich zmian, zajmie mi pewnie dużo czasu, to i tak warto.  

WSPÓLNIE SPĘDZONY CZAS

Długo zachwycałam się tym projektem. Jeszcze długo po wizycie opowiadałam wszystkim, gdzie byłam i jak bardzo mi się podobało.

Jeśli zastanawiasz się, co akurat zrobić z nadwyżką wolnego czasu i akurat jesteś w Trójmieście, to koniecznie odwiedź Niewidzialny Gdańsk. Jest to świetne miejsce, zwłaszcza dla młodzieży i starszych, którym czasem trzeba przypomnieć, że świat nie kręci się tylko dookoła nich.

 


Czytaj dalej »

niedziela, 27 września 2020

|WYWIAD| ADOPCJA PSÓW — OCZAMI OPIEKUNA

 


PSIAKI ADOPCIAKI

Nie jesteśmy właścicielami zwierząt, tylko ich opiekunami. Taka świadomość sprawy jest coraz większa. Coraz więcej ludzi pokazuje, jak wygląda opieka nad adoptowanymi zwierzętami. Udowadniają, że zwierzę ze schroniska jest wulkanem miłości, ale to również ciężka praca. Jedną z takich osób jest Marika, która od roku prowadzi Instagram @wyszczekanii, gdzie można zobaczyć, jak wygląda życie dwóch niesfornych, ale bardzo rozkosznych czworonogów. Marika od niedawna prowadzi również bloga, gdzie opisuje życie Benka i Mirabelki – bohaterów dzisiejszego wywiadu.







Może na samym wstępie opowiesz coś o bohaterach dzisiejszej rozmowy, czyli Benku i Mirabelce, jak do Ciebie trafiły?

Benek jest u mnie dłużej, bo we wrześniu mijają 4 lata, od kiedy mam go u siebie. Przygarnęłam go ze wsi, od Pani, która delikatnie mówiąc, powiedziała, że musi się pozbyć szczeniaków. Nie było czasu na myślenie, bo w grę mogło wchodzić jego życie i tak został już ze mną. Podobnie było z Mirabelką. Ją adoptowałam, jak była już dorosłym psem. Tym razem dopiero rozglądaliśmy się za drugim zwierzakiem, ale dowiedziałam się, że jest zamknięta w schronisku bez wolontariatu, a do jedzenia dostaje zlewki, bo właściciel schroniska nie przeznacza pieniędzy na to, co trzeba. Nikt jej ogłoszeniem się nie interesował, więc postanowiliśmy być jej „bohaterami”. W tej chwili jest z nami już 1,5 roku.

Wiadomo coś więcej o życiu Mirabelki? Jak trafiła do tego pseudoschroniska, jakie miała „dzieciństwo”?

W książeczce miała wpisane 7 lat, co kompletnie nie było prawdą, bo wspólnie z weterynarzami na podstawie jej uzębienia uznaliśmy, że jej szacowany wiek to około 2/3 lata. Prawdopodobnie tułała się po wsi, będąc przepędzaną między domami. Trafiła do nas cała w pchłach, brudna i w ciąży. W sumie nie wiedzieliśmy o niej nic, oprócz tego, jak wygląda ze zdjęć. Nie było nawet możliwości spaceru zapoznawczego.

Jak Benek przyjął psią siostrę?

Benek był szczęśliwy, cieszył się, aż za bardzo. Mirabelka za to rzuciła się na niego z zębami na dzień dobry. Ale przyzwyczajenie się do siebie zajęło im około tygodnia. Teraz są nierozłączni, ich zabawy zaczynają się, jak wstają i w zasadzie trwają cały dzień z małymi przerwami.

Myślisz, że zachowanie Mirabelki było wywołane traumatyczną przeszłością?

Zdecydowanie, do tej pory boi się wielu rzeczy, ale wszystko wypracowujemy. Staramy się wyprowadzić ją na prosto z codziennymi czynnościami. Właśnie przez to, że była zdana na siebie, jest bardzo ostrożna. Rzeczy takie jak zła pogoda, głośne dźwięki, albo psy powodują u niej strach, a co za tym idzie reakcję obronną. Pamiętam, że pierwszego dnia nie była w stanie nawet iść po chodniku obok jadących samochodów. Teraz nie sprawia jej to problemu.



W jaki sposób wygląda takie uczenie psa i jak udaje Wam się przekazać jej to, że nie ma czego się bać? Benek jest dla niej wzorcem, czy więcej pomaga Wasza praca?

Przede wszystkim, trzeba dać jej wsparcie. My Mirę przytulamy, jak idzie burza. Wiele ludzi mylnie myśli, że coś takiego wzmacnia strach psa, ale jeśli my nie będziemy dla niego oparciem w sytuacji kryzysowej, pies nie przyjdzie po pomoc do nas, tylko ucieknie. Warunkowanie pozytywne poprzez zabawę lub najprostszy trening podstawowych komend, takich jak siad, żeby odwrócić uwagę. Ale faktem jest, że to Benek odegrał największą rolę w tym wszystkim. Pokazywał jej, że nie trzeba się bać wielu rzeczy. Do tej pory Mira czuje się pewniej, gdy wychodzimy z Benkiem i nią, niż sama.

To niesamowite, jaka między nimi zrodziła się więź! Czy nie bywają o siebie zazdrosne?

Mira jest paskudą, jeśli chodzi o zazdrość. Ona zawsze chce być w centrum uwagi i jak słyszy, że ktoś zajmuje się Benkiem, to zaraz przybiega. Benek jest bardzo delikatny z charakteru, więc zawsze jej ustępuje, ale staramy się nie pozwalać jej na kontrolowanie sytuacji i wzmacniać pewność siebie Benia.

Czy w czymś jeszcze bywają problemowe? Kto w tym psim związku ma więcej za uszami?

Problemowi bywają oboje, niestety. Miry przewinienia są dla nas zdecydowanie bardziej kosztowane. Benek bywa niesforny, gdy ekscytuje się do innych psów, przez co strasznie szczeka i ludzie odbierają to, jako zachowanie agresywne. Nie lubi też być zaczepiany przez obcych i potrafi na nich naszczekać, a przez jego uroczą mordkę jesteśmy zaczepiani dość często. Przy nas Mira jest aniołkiem, zarówno w domu, jak i na dworze. Niestety swoje emocje, gdy nas nie ma, rozładowuje poprzez niszczenie rzeczy takich jak kanapa, zabawki, koce, ubrania, generalnie wszystko, co wejdzie jej w zęby w danym momencie.

To was zmusza do częstej wymiany rzeczy, czy staracie się naprawiać?

Gdy tylko jest taka możliwość, staramy się naprawiać. Jeszcze niedawno cerowałam dziury w kanapie, ale na dany moment są tak duże, że musimy je zasłaniać kocami. Staramy się minimalizować jej zniszczenia i nie zostawiać przedmiotów w jej zasięgu, gdy wychodzimy. Bywa różnie, to co się da, wykorzystujemy do innych celów lub naprawiamy. Na przykład ze zniszczonych koców można zrobić szarpak do zabawy dla psów, który moim zdaniem zawsze trzyma się lepiej, niż te gotowe z zoologicznego.


Ze zniszczonych koców można zrobić szarpak do zabawy dla psów, który moim zdaniem zawsze trzyma się lepiej, niż te gotowe z zoologicznego.

Dużo macie takich zabawek dla psów DIY, czy więcej jednak kupnych?

Doświadczeni ilością zniszczonych zabawek przez Mire, inwestujemy tylko w sprawdzone i zrobione z wytrzymałych materiałów. Takich jest mało na rynku, ale na przykład kongi do wypełniania karmą sprawdzają się super, mamy je już od adopcji Miry, a wciąż się świetnie trzymają. Nie kupujemy szarpaków i pluszaków. Często robię szarpaki ze skrawków materiału albo liny jutowej. Z kocy i starej wycieraczki można też zrobić matę węchową.

Tak mniej więcej Mira i Benek ile mają łącznie zabawek? Staracie się wprowadzić minimalizm w kwestii psich przedmiotów, czy nie umiecie się powstrzymać od rozpieszczania?

Ciężko powiedzieć. Mamy kilka do podawania jedzenia, żeby ich zmęczyć, jak wychodzimy z domu. Nie kupujemy nic pod wpływem chwili, więc myślę, że panuje w tym minimalizm. Oboje najbardziej lubią szarpaki. Ich nie liczę, bo są na bieżąco niszczone przez Mirę, ale po to też są, żeby rozładowała na nich swoje napięcie. Świetne też są zabawki na psią inteligencję, je wykorzystujemy jako element treningu i pies musi pogłówkować jak tu wyjąć smakołyka. One działają w ten sposób, że trzeba coś przesunąć czy podnieść, żeby pokazał się smakołyk. Psy wolą zdobywać posiłek, niż dostawać go ot, tak w misce, bo to zaspokaja też ich instynkty. Takich mamy na dany moment dwie, ale gdy nam się znudzą, chciałabym je sprzedać na psiej grupie społecznościowej, lub wymienić się na jakieś inne, których nie mieliśmy okazji wypróbować.

Z tego, co mówisz, wydajesz się razem ze swoim chłopakiem bardzo świadomymi opiekunami, staracie się dać im coś więcej niż tylko jedzenie i miejsce do snu. Skąd czerpiecie wiedze na temat psychiki psów?

Do czerpania wiedzy zmusiła mnie trochę Mirabelka, muszę sprostać jej wymaganiom, żeby mieć na czym siedzieć, jak wrócę do domu. Chyba największym źródłem był dla mnie internet, czytanie blogów i Instagram. Korzystamy też z usług behawiorysty, więc ciągle się doskonalimy.

Widzisz dużą przemianę w zachowaniu swoich psów, od kiedy stosujesz zalecenia behawiorystów?

Częściowo tak, ale nie udało nam się wprowadzić wszystkiego w życie. Dużą przeszkodą okazało się niestety zdrowie Mirabelki, bo w lutym tego roku bardzo się rozchorowała. Okazało się, że ma nieswoiste zapalenie jelit na tle alergicznym, przez co musieliśmy przystopować z treningami i karmić ją specjalną weterynaryjną karmą. Na szczęście powoli wracamy do normalnego żywienia, na pewno bardziej aromatycznego dla niej, przez co będzie większa motywacja do treningów.

Dlaczego postanowiłaś założyć instagrama wyszczekanych i dokumentować życie swoich czworonożnych przyjaciół?

Instagrama założyłam po to, żeby śledzić rozwój Mirabelki, ale po pewnym czasie bardzo wkręciłam się w tę społeczność. Jak się dobrze poszuka, można zdobyć dużo wartościowych informacji zarówno o wychowywaniu psów, jak i fotografii zwierząt. Bardzo interesuje się psią fotografią i robiąc im zdjęcia, rozwijam też swoje umiejętności, a to sprawia mi frajdę.

Kiedyś na swoim Instagramie pokazałaś szampon dla zwierząt w kostce. Czy zero waste produkty sprawdzają się w psiej pielęgnacji?

Jak najbardziej się sprawdzają. Ten szampon mamy do tej pory, jest bardzo wydajny. Naturalne składy dają gwarancje tego, że skóra psa nie będzie sucha czy podrażniona, bo jest tam dużo olejków.



Twoje psiaki lubią kąpiel, czy są z tych, które unikają wody?

Nie przepadają za tym, ale tolerują. Taplać się nad jeziorem czy w kałuży, to już zupełnie inna sprawa, wtedy zabawie nie ma końca.

Na samym początku wspomniałaś, że wzięcie Benka było sprawą jego życia lub śmierci. Wiesz, co się stało z pozostałymi szczeniakami?

Niestety nie mam pojęcia. Gdy tylko odjechałam, Pani zablokowała mój numer. Próbowałam się z nią skontaktować, bo jako maleństwo miał infekcje uszu. Weterynarz prosiła, żebym przekazała właścicielce, że wszystko musiało się zacząć od matki i zapewne cały miot ma infekcję. Niestety, nie udało mi się skontaktować, na SMS też nie dostałam odpowiedzi. Okłamała mnie co do jego wieku, miał ledwo 5 tygodni, a psiaki powinny być przy matce przynajmniej do 8. Pewnie bała się, że chce jej oddać malucha.

Miałaś bardzo dużo przejść ze swoimi zwierzakami i dużo pracy, ale domyślam się, że nie żałujesz niczego. Wyobrażasz sobie życie bez nich?

Jasne, że nie wyobrażam sobie życia bez nich. Dzięki nim jest zawsze wesoło, a przy okazji wiele uczą. Mam maszynę do szycia. Uszyłam już dla psiaków kilka posłań, saszetki na smakołyki, ozdoby do zdjęć. Nawet robienie smakołyków na własną rękę jest ciekawe.

Bardzo się cieszę, że Mira i Benek pojawiły się w Waszym życiu, a raczej, że to Wy pojawiliście się w ich. Jesteście ich bohaterami, ale niestety też jesteście potwierdzeniem tego, jak wielu ludzi jest potworami. Mira była wielokrotnie niechciana, przebywała w pseudoschronisku, Benek miał więcej szczęścia, bo szybciej Was poznał. Nie czarujecie, że opieka nad zwierzętami to sielanka, ale udowadniacie, że jest to również ogromne szczęście i ogromne pokłady miłości. Masz jakieś słowa zachęty dla osób, które wahają się nad adopcją psa lub kota?

Myślę, że każdy problem związany z adopcją da się rozwiązać. Na pewno „naprawianie” psychiki skrzywdzonego zwierzęcia nie będzie najłatwiejsze. Nie można się spodziewać tylko i wyłącznie wdzięcznego pieska za to, że nie jest już za kratami. Ale takie zwierzę może odkryć naszą drugą stronę i pokazać jak ciekawa jest praca z kotem lub psem, wystarczy przebić się przez skorupkę nieśmiałości adopciaka.

Super, dziękuję za rozmowę!

Ja również!

Bardzo dziękuję Marice za poświęcony czas. Koniecznie odwiedźcie Instagram wyszczekanych, bo nie kłamiąc, Instastories z przygodami tych dwóch psiaków, jest świetną rozrywką!

 


Czytaj dalej »

sobota, 12 września 2020

TOREBKI NIESKÓRZANE #WSPIERAMPOLSKIEMARKI



Nie jestem wielką fanką skórzanych produktów. Wynika to z tego, że jakość skóry mocno spadła. Jeszcze te kilkanaście lat temu skórzane produkty kojarzyły się z jakością. Dzisiaj nie jestem pewna, czy dotrwają do następnego sezonu. Najważniejszą motywacją jest jednak dla mnie etyka. Chcąc uniknąć materiałów odzwierzęcych w swojej garderobie, staram wybierać się lepsze alternatywy.

Na pewno lepszą alternatywą nie jest „skóra ekologiczna”, która z ekologią nie ma za dużo wspólnego. W dzisiejszym poście przygotowałam dla was zestawienie torebek, które wykonane są z tworzyw bardziej przyjaznych środowisku, a przy ich produkcji nie ucierpiało żadne zwierzę. Co więcej, jak to u mnie, większość torebek jest ręcznie wykonana przez polskich projektantów.

TOREBKA KOSZYCZEK

Nie znam się na trendach, ale moje mało sprawne „modowe oko”, zarejestrowało, że ostatnio bardzo dużo dziewczyn posiada takie torebki. Nic dziwnego, są one naprawdę piękne, bardzo stylowe i trwałe.  Niestety, większość osób zakupuje takie koszyczki w sieciówkach, wielka szkoda, bo wielu polskich artystów własnoręcznie tworzy plecione torebki. 

Mnie osobiście zachwycają torebki Kasi Gąsienicowej, które są ręcznie plecione z polskiej wikliny. Torebki koszyki dostępne są w różnych kształtach i kolorach, od mniejszych, po większe shopperki.



TORBA Z PAPIERU

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam reklamę remediumbag.eu, pomyślałam sobie, że to nie może być dobre. No bo jak? Torba z papieru? Długo moja pewność nie trwała, bo kiedy weszłam na ich stronę, to przepadłam. Remediumbag jest chyba jedną z bardziej etycznych marek torebek, jakie poznałam. Materiały pochodzą od polskich producentów lub w ich tworzeniu wykorzystuje się materiały z recyklingu. Wypełnienie torebek jest lniane, a ich kształty bardzo fantazyjne. Niektóre z torebek inspirowane są origami, ale mnie najbardziej zachwycają torby podwójne.



DZIERGANE TOREBKI

Torebki pinkhookhandmade.pl są przepiękne! O ile nie jestem wielką fanką szykownych, klasycznych i bardzo kobiecych dodatków, to tutaj oczy mi się świecą jak sroce na pięć złotych (tak się chyba nie mówi, prawdopodobnie to wymyśliłam i połączyłam jakieś dwa przysłowia, ale ważne, że oddaje to moje uwielbianie dla dzierganych torebek). Tak jak w poprzednich torebkach, tutaj również możemy wybrać torebki o różnych kształtach i kolorach.



TOREBKA MAKRAMA

Makramy coraz częściej stanowią ozdobę w domach miłośników stylu boho. Również ja poczyniłam swoją makramę, która pieszczotliwie została przeze mnie nazwana „makramą smutaską” lub „makramą brzydalką”. Na szczęście są ludzie, którzy mają do tego większą smykałkę, a do tego wykorzystują swój talent jeszcze bardziej kreatywnie, tworząc makramowe torebki.

O torebkach ondzierga pisałam już w poście o prezentach na świętach, ale prace Krzysia są tak dobre, że można wymienić je jeszcze raz. Od poprzedniego wpisu, pojawiła się nowa torebka „Dolce”, która jest przeurocza.

Jeśli szukacie torebek makramowych, w trochę w innym stylu z bambusowym lub drewnianym uchwytem, polecam odwiedzić stronę aniatka.pl Tamtejsze torby zachwycają swoją prostotą i klasą.



TORBY Z BANERU

Zastanawialiście się czasem, co dzieje się z wszystkimi banerami reklamowymi? Dla większości uznawane są za odpad. Dzięki ludziom z trashki.pl udało się znaleźć dla starych i niechcianych banerów drugie zastosowanie – torby. Jest to już styl bardziej sportowy niż elegancki, ale torby te mogą nadać się idealnie do szkoły, praca, na laptopa i jest to coś, co może być trafionym prezentem dla chłopaka. Torby te mają dwa ogromne plusy. Po pierwsze zostały stworzone z czegoś, co na pozór wydawało się już niepotrzebne, po drugie torby są całkowicie niepowtarzalne!





TOREBKA Z KORKA

Korek jest moim zdaniem najlepszą alternatywą dla skóry zwierzęcej. W prezencie od koleżanki dostałam portfel z korka z Portugalii i przepadłam. W dotyku materiał jest bardzo przyjemny. Niestety nie znalazłam żadnej polskiej marki, która szyłaby z korka torebki. Jeśli znacie taką firmę, koniecznie napiszcie w komentarzu. Mimo wszystko uznałam, że warto w tym zestawieniu dać torebki z tego materiału. 



TOREBKI Z DREWNA

Ok, tutaj mamy coś z wysokiej półki. Drewniane torebki od plantwear.pl są dla mnie usposobieniem wysokiej elegancji. W moim odczuciu biją na głowę skórzane kopertówki. Drewno, które jest wykorzystywane przy ich produkcji, jest zatwierdzone przez FSC. Niektóre egzemplarze posiadają skórzany pasek, na szczęście są też opcje z łańcuszkiem.

Mam wielką nadzieję, że spodobały się wam moje propozycje. Jeśli znacie jeszcze jakieś ciekawe marki, których  torebki stanowią dobrą alternatywę dla skórzanych materiałów, dajcie koniecznie znać!


Czytaj dalej »