poniedziałek, 3 sierpnia 2020

DOMOWE SPA LESS WASTE



Nie ma nic milszego niż domowe spa. Chociaż gorące kąpiele pożądane są głównie zimą, to latem też można się trochę rozpieścić. Napełnienie całej wody wanną, nie jest zbytnio ekologiczne. Czasem jednak można sobie pozwolić na rozpustę, a swoje wyrzuty sumienia zatuszować pięknymi aromatami. Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić moimi ulubionymi sposobami na domowe spa.

PEELING

To chyba najbardziej zero waste peeling, jaki może istnieć. Jest przy nim trochę bałaganu, ale z całą pewnością warto. Fusy po kawie idealnie sprawdzą się do pielęgnacji naszej skóry. Pozostałości z dna filiżanki zbieram i wcieram w skórę ciała. Taki peeling cudownie pobudza. Jeśli chcecie dodatkowo zadbać o nawilżenie, polecam wymieszać fusy z olejem kokosowym.


OLEJKI ETERYCZNE

To ostatnio moje największe odkrycie. Bardzo polubiłam stosowanie olejków eterycznych. Każdy zapach ma swoje niesamowite właściwości. Moim ulubieńcem jest olejek z drzewa herbacianego. Dodaję jego kilka kropel do żelu do mycia twarzy. W trakcie kąpieli lubię również dodać do wody olejek LEGENDARNY MIX. Początkowo jego zapach nie przypadł mi do gustu, ale trzeba mu przyznać, że w kąpieli sprawdza się idealnie.


MASECZKA DO TWARZY

Będę z Wami szczera. Nie przepadam ani za domowymi maseczkami, ani za kupnymi. Powód jest bardzo prosty. Te pierwsze głównie bazują na żywności. Nie lubię tracić dobrego jedzenia na coś, co za chwilę ma spłynąć w odpływie. Kolejnym powodem jest to, że takie ręcznie robione specyfiki przeważnie są pełne grudek, które nie utrzymują się na twarzy. Nic się nie trzyma kupy i ostatecznie więcej jest sprzątania niż relaksu. Z kolei kupne maseczki (zwłaszcza te w jednorazowych saszetkach) to sama szkodliwa chemia. Większość z nich zamienia się w leciutką chmurkę, posiada brokatowe drobinki, świeci w ciemności lub robi inne cuda na kiju. Nie szczególnie to jednak wpływa na stan naszej skóry. Najlepsze na świecie są zwykłe glinki. Odkryłam je rok temu i całkowicie przepadłam. Czasami myję nimi twarz. Rozcieram proszek w rękach, a następnie wmasowuje w twarz. Jeśli chcę maseczkę, pozostawiam to na 15 minut na twarzy. Maseczkom z glinek nie wolno wyschnąć. Warto je co jakiś czas spryskać hydrolatem, aby cały czas były wilgotne!

Jeśli lubicie bardziej kremowe maseczki, możecie w miseczce rozdrobnić łyżeczkę glinki z łyżeczką wody i nałożyć na twarz za pomocą pędzla.

Każda kolor glinki ma inne właściwości. Warto dobrać odpowiednią pod potrzeby swojej skóry. O ich właściwościach możecie przeczytać tutaj.


KULA DA KĄPIELI

Jest to prawdopodobnie najbardziej zbędna rzecz, jaką można zakupić do naszego domu. Problem w tym, że w kulach jest coś przyciągającego i każda kąpiel z nimi staje się dużo milsza. Takie kule można przygotować samemu z tego, co ma się w kuchni. Wystarczy:

1 szklanka sody oczyszczonej

1/5 szklanki kwasku cytrynowego

4 łyżki roztopionego oleju kokosowego

Ulubiony hydrolat

Opcjonalnie możesz dodać to, co masz pod ręką. Suszone kwiaty, kilka kropel olejku zapachowego lub barwnik.

Wszystkie składniki wymieszaj ze sobą, następnie dokładnie ugniataj, aż do połączenia się wszystkich składników. Co jakiś czas spryskaj składniki hydrolatem. Kiedy masa będzie gotowa, umieć wszystko w formie. Jeśli nie masz formy w kształcie kuli, użyj foremek do kostek lodów.

Odłóż swoją kulę musującą do kąpieli na kilka godzin (najlepiej pozostawić na noc). Następnego dnia produkt będzie gotowy do użycia!

To wszystko, co stosuję w trakcie domowego spa. Bardzo cenię sobie wszystkie wymienione produkty w tym poście. Ich główną zaletą jest to, że jeden produkt może znaleźć zastosowanie w wielu kosmetykach. Dodatkowo są stosunkowo tanie i nie zawierają szkodliwych dla nas składników.

Czytaj dalej »

środa, 22 lipca 2020

SZAMPON W KOSTCE LAMAZUNA SOSNA

Szampon w kostce Lamazuna Sosna

Szampony w kostce nie są dla mnie nowością. Wie o tym każdy, kto czytał mój stary jak świat wpis o wszystkich szamponach w kostce, które przetestowałam. Od tego czasu minęło już osiem miesięcy, więc czas na pochwalenie się swoją nową kosmetyczną nowością – szamponem w kostce Lamazuna o zapachu sosny.

Pierwszą styczność z tym szamponem miałam ponad rok temu, kiedy zobaczyłam go na jednej ze sklepowych półek. Wtedy przepadłam. Zapach czekoladowego szamponu Lamazuna prześladował mnie jeszcze długo. Nie zdecydowałam się wtedy na zakup, ale gdzieś z tyłu głowy ciągle miałam myśl, że muszę go w końcu wypróbować. Dzięki Drogerii Ekologicznej BetterLand szampon w końcu trafił w moje ręce.

Zacznijmy jednak od formalności.

Szampony Lamazuna są ręcznie produkowane we Francji. Produkt ten jest całkowicie przyjazny zwierzętom: jest cruerly free oraz wegański. Lamazuna zwiera również certyfikat Slow Cosmetique. Dużym plusem jest również jego papierowe opakowanie. Jeśli więc o mnie chodzi, wszystkie moje wymagania już są spełnione.


Skład: Sodium cocoyl isethionate, kaolinite, stearic acid, cocos nucifera (coconut) oil *, coconut fatty acid, aqua, montmorillonite, decyl glucoside, lauryl glucoside, sodium isethionate, glycerin *, pinus sylvestris leaf oil *, limonene (component of essential oil)
 

Na pierwszy rzut oka, szampon wydaje się bardzo mały. Nie różni on się jednak wagowo od innych szamponów, które wcześniej stosowałam. Dla przykładu szampon w kostce marki LUSH, który ma tyle samo gram co Lamazuna, starczył mi na pięć miesięcy. Oczywiście zużycie szamponu jest kwestią indywidualną. Ja swoje włosy myję trzy razy w tygodniu i przy takim stosowaniu, kosmetyk starcza na bardzo długo.


Niestety, ale sosnowy zapach w ogóle mi nie przypadł do gustu. Nie jest to tak intensywny i przyjemny aromat, jaki wyczuwałam przy czekoladowym szamponie. Nie powinno to jednak nikogo zniechęcać, ponieważ Lamazuna ma ogromny wybór bukietów zapachowych: pomarańcza, cytryna, czekolada, pomarańcza-cynamon-anyż, wanilia i kokos oraz dzikie zioła. 

W samym stosowaniu produkt jest bardzo przyjemny. Jest to chyba najbardziej kremowy kosmetyk, jaki miałam. Pieni się bardzo mocno i łatwo nakłada na włosy. Wystarczyło tylko jedno umycie. Niestety ten uroczy kształt babeczki, jest trochę problematyczny przy samym rozmydlaniu produktu. Te wszystkie wypustki sprawiają, że rozcieranie produkty w dłoniach, wygląda trochę ślamazarnie. Zdecydowanie wolę produkty o obłym kształcie.  

Chciałabym również zwrócić uwagę na jedną rzecz. Na opakowaniu jest informacja dotycząca użytkowania. Producent zaleca, aby kostką pocierać włosy i skórę głowy. Osobiście – jeśli zależy wam na zdrowych i pięknych włosach – odradzam takiej metody.

Jak myć włosy szamponem w kostce? Istnieją dwie popularne metody.

Pierwsza metoda:

1.    Rozczesz włosy

2.    Do słoika wrzuć szampon w kostce i zalej go wodą

3.    Zakręć słoik

4.    Energicznie potrząśnij słoikiem do uzyskania gęstej piany

5.    Odkręć słoik i wyciągnij szampon do wyschnięcia

6.    Polewaj włosy uzyskaną pianą i za pomocą dłoni wcieraj roztwór w skórę głowy

Druga metoda:

1.    Rozczesz włosy

2.    Rozetrzyj szampon w kostce w wilgotnych dłoniach do utworzenia piany

3.    Szampon odłóż do wyschnięcia

4.    Utworzoną pianą zacznij myć włosy i skórę głowy


Należy pamiętam o tym, aby zawsze odstawić kostkę do wyschnięcia. Można ją odłożyć na mydelniczce lub małym, złożonym ręczniku. W ten sposób szampon nie będzie rozmakać i starczy na bardzo długo.



Plusy:

·         Kosmetyk bardzo dobrze się pieni

·         Włosy po użyciu są bardzo przyjemne w dotyku i dobrze się układają

·         Produkt jest zero waste i przyjazny dla zwierząt

·         Jest wydajny

·         Przyjemna kremowa konsystencja

Minusy:

·         Nieporęczny kształt

·         Cena

Myślę, że kiedy skończę jego użytkowanie (co pewnie będzie miało miejsce za kilka miesięcy), to moim następnym wyborem będzie szampon Lamazuna o zapachu czekolady lub wanilii i kokosa.  

Szampony w kostce polecam wszystkim i wszędzie. Kiedy będziecie mieć już wprawę w jego użytkowaniu, szybko nie wrócicie do tradycyjnych szamponów! 


Czytaj dalej »

wtorek, 14 lipca 2020

PLASTIC FREE JULY #1



Jesteśmy już w połowie lipca, a to oznacza tylko jedno. Za nami już połowa miesiąca bez plastiku! Plastic free july jest akcją organizowaną w 159 krajach. Jej celem jest zachęcenie ludzi do ograniczania plastiku. Ja staram wyeliminować się plastik od kilku lat, nie tylko w lipcu. Niestety, przez ostatnie miesiące trochę sobie odpuściłam. W tym miesiącu spięłam swoje cztery litery i zmotywowałam się do lepszych działań. Jak mi poszło?

W ostatnich miesiącach sporo było u mnie plastiku. Nie przywiązywałam jakiejś większej wagi do ograniczania śmieci. Myślałam, że powrót do dobrych nawyków będzie ciężki. Okazało się zupełnie inaczej. Zaczęłam od czegoś bardzo prostego.

POMADKA DO UST

Moja cera w ostatnim roku dała mi się mocno we znaki. Niestety, skończyło się na silnym leku, który spowodował, że skóra z moich ust odchodziła płatami. Przez kilka miesięcy czułam się jak jaszczurka zrzucająca wylinkę. Odpuszczę już sobie bardziej dosadny obraz, bo i tak zrobiło się zbyt szczegółowo. Co tu dużo mówić, było paskudnie. Potrzebowałam więc ciągłego nawilżenia. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, aby zrobić własną pomadkę. Nie miałam jednak żadnych półproduktów, a zamawianie wydawało mi się na ten moment bez sensu. Potrzebował czegoś tu i teraz. W mojej najbliższej drogerii były tylko pomadki w sztyfcie. Ostatecznie w koszu na śmieci wylądowało około dwudziestu sztyftów po balsamie do ust. Dopiero w lipcu zmotywowałam się do znalezienia lepszej alternatywy. Udało się, w hebe za niecałe 10 zł znalazłam pomadki w aluminiowym pojemniczku. Aluminium jest dobrze przetwarzane, więc jest lepszą alternatywą niż plastik. Jeden sukces na moim koncie.



ODMALOWANIE SZAFY

Remonty nigdy nie są ekologiczne, ale można zrobić to tak, aby było mniej szkód. W moim rodzinnym domu, zamiast wyrzucać dobre, ale już trochę niemodne meble, postanowiliśmy je ocalić. Razem z rodzicami odmalowaliśmy stary segment na biało i wymieniliśmy gałki. Uważam, że efekt jest zachwycający!


POWRÓT DO WORECZKÓW

Długo nie kupowałam do własnych worków. Nie było też zbytnio takiej potrzeby. Większość produktów brałam luzem i unikałam brania większej ilości. W lipcu jednak powróciłam do bardziej zaplanowanych zakupów i tym razem woreczki okazały się przydatne. Zaczęłam również ponownie kupować chleb w osiedlowej piekarni – również do swojego worka.


LUZEM LUB W PAPIERZE

Uwielbiam lato za wszelkie sezonowe pyszności. Truskawki w kobiałkach lub pakowane do papierowej torby. Jeżyny, maliny, porzeczki wszystko podane w tekturowych pudełkach. Nie tylko w osiedlowych warzywniakach można dostać produkty bez plastiku. Ostatnio w marketach coraz więcej produktów  pojawia się zapakowanych w samą tekturkę. Moim najnowszym odkryciem jest falafel zapakowany w samo pudełko, bez grama folii. W marketach można kupić również makaron zapakowany w kartonik. Miłym akcentem jest to, że już niedługo Barilla zrezygnuje z plastikowego okienka w swoich opakowaniach.

PORZĄDKI

Postanowiłam pozbierać w końcu wszystkie rzeczy, których nie noszę. Cel mam jeden – niech to zniknie z mojego życia! Niestety, ale większość z tych produktów zalega na vinted już od ładnych paru miesięcy. Nie ma co się łudzić, że coś się w tej kwestii zmieni. Większość rzeczy postaram się oddać. To, czego nikt nie będzie chciał, wyląduje w żółtym kontenerze. Podliczyłam cenę wszystkich tych ubrań, których nie noszę. Teraz mam poczucie, jakbym do kosza wyrzucała pieniądze. Zrobienie jednak takich porządków pozwala mi uzmysłowić, że ciągle zdarza mi się kupić cos impulsywnie.

WYKORZYSTUJĘ PONOWNIE

Tutaj krótko i na temat. Butelka po passacie jest moją nową butelką na wodę. Sprawdza się świetnie!

Ostatnie kwestia nie szczególnie należy do kategorii less waste. Jest to jednak coś, co mocno zaśmiecało moją głową i pochłaniało sporo czasu.  


DETOKS YOUTUBOWY I INSTAGRAMOWY

Jestem naprawdę uzależniona od tych dwóch mediów. Niestety, większość mojego dnia potrafię spędzać na odświeżaniu strony. To trochę jak z zaglądaniem do lodówki. Niby wiesz, że nie ma nic dobrego, ale co chwilę ją otwierasz. Odpuściłam sobie tylko te dwie aplikacje i już widzę różnicę w ciągu mojego dnia. Jestem zdecydowanie bardziej produktywna.

Podzielcie się koniecznie tym, jak wygląda u was lipiec!

 

 


Czytaj dalej »

czwartek, 2 lipca 2020

DOM JUTRA W SZCZECINIE


Dom Jutra to stara kamienica, która została zamieniona w futurystyczny sen wszystkich miłośników ekologii. Sześć pomieszczeń, dziesiątki zachwycających rozwiązań i jedno marzenie o lepszym życiu. Tak w skrócie można opisać pierwszy w Europie ekologiczny dom, zaprojektowany przez Ikea. 


Jeśli jesteś miłośnikiem kamienic, to ta z całą pewnością podbije Twoje serce. Wysokie sufity, wielkie przestrzenie i parkiet ułożony w jodełkę. Dom Jutra to jednak coś więcej niż urokliwa kamieniczka w Szczecinie. 


PRZEDPOKÓJ


Pierwsze, na co zwrócisz uwagę po wejściu do Domu Jutra to multum zielonych kwiatów i śpiew ptaków. W przedpokoju można będzie zamówić ciastko i kawę (teraz ze względu na epidemię sprzedaż żywności jest wstrzymana). Po lewej stronie znajduje się domowy kompostownik, w którym dzielnie pracują dżdżownice kalifornijskie. Kompostownik działa bez przerwy, wrzucane są do niego regularnie obierki. W ten sposób łatwo przekonać gościa, że domowe kompostowniki nie wydzielają przykrego zapachu, o co martwi się większość osób. W przedpokoju znajduje się również lodówka jadłodzielni. Jest to więc kolejny punkt na mapie Szczecina, gdzie można pozostawić za dużą ilość jedzenia lub odebrać coś pysznego dla siebie. 






W korytarzu stoi również szafa, w której będzie można zostawić lub zgarnąć dla siebie ubrania, zabawki lub inne przedmioty. Podzielnia pełną parą. Ciekawe również jest to, że w Domu Jutra znajduje się punkt wymiany kwiatów lub sadzonek. Funkcjonuje to na podobnej zasadzie co jadłodzielnia i podzielnia. Przynosisz sadzonki kwiatów lub adoptujesz roślinkę do własnego użytku. 


POKÓJ ROZKOSZY RELAKSU


Zdecydowanie najlepszym pokojem, jaki powstał w Domu Jutra, jest pokój relaksu. Okej, nazwę wymyśliłam sama. Może nazwa nie jest zbyt trafna, ale zdecydowanie brzmi lepiej niż pokój rozkoszy. Chociaż to drugie bardziej definiuje to, co przeżyłam, kiedy tam weszłam, a raczej, kiedy posadziłam swój tyłek na leżaku. No i mamy w jednym zdaniu rozkosz i tyłek. Wasza ciekawość co do tego, jak musi wyglądać ten pokój, już pewnie sięga zenitu, więc śpieszę z wyjaśnieniem. 


Pokój relaksu to chyba najmniejsze pomieszczenie w całej kamienicy. Znajdują się tam półki wypełnione książkami o tematyce less waste i ekologii. Na ziemi leżą poduchy, które układają się jak najwygodniejszy w świecie leżak. W tym pomieszczeniu najgłośniej słychać śpiew ptaków. Można więc zalegnąć na wygodnym siedzeniu, z kawą, ciastkiem i dobrą książką. Tutaj nie kończą się atrakcje. Futurystyczny sen dopiero się zaczyna. Pokój jest wyposażony w specjalne lampy, ukryte za białymi żaluzjami, które emitują światło dzienne (nie są więc męczące dla oczu), a do tego nasz organizm zachowuje się tak, jakby przebywał na słońcu produkuje witaminę D3. 




Pokój relaksu jest przechodnim pokojem do pomieszczenia, w którym można wyhodować własne rośliny w tym grzyby. Na drewnianych półkach znajdują się zioła i nasiona. Każdy może zasadzić nową roślinkę. Najciekawsza jednak jest dla mnie przeszklona szafa, w której rosną boczniaki. Rośliny są zbierane regularnie i wykorzystywane w trakcie kursów z kuchni wegetariańskiej i wegańskiej. Bardzo ciekawym rozwiązaniem jest również akwarium bez filtra. Akwarium jest połączone rurkami z doniczkami w taki sposób, że to, co wyprodukują rybki, trafia do kwiatów i na odwrót. Wszystko tam żyje ze sobą w symbiozie. Ikea nie obeszła się również bez bajerów moim zdaniem zbędnych, ale jakże efektywnych. W większych doniczkach została zamontowana zadymiarka do kwiatów. Ona zamienia wodę w parę, z której kwiat pobiera wszystko to, co jest mu niezbędne. 








Wspomniałam o warsztatach z kuchni roślinnej, więc wspomnę szybko o tym, że w Domu Jutra często odbywają się warsztaty i wykłady dotyczące szeroko pojętych tematów ekologii. 


POKÓJ MAJSTRA


W kamienicy nie zabrakło również pomieszczenia majstra. Jest to pokój, gdzie znajduje się kilka biurek i sprzęt do majsterkowania. Zapewne w tym pomieszczeniu będą odbywać się warsztaty techniczne. Uwagę przykuwa jednak półka, która wspomaga wzrost kwiatów. Czas wyrośnięcia od nasionka do pełnej roślinki to tylko 15 dni. Dzieje się tak za pomocą specjalnych doniczek, które same rozprowadzają wodę. Na końcu podłużnych doniczek, w których znajduje się kilkanaście sadzonek, jest specjalny otwór, do którego nalewa się odmierzoną ilość wody. Zioła oświetlane są przez specjalne lampy, które dostosowują się do potrzeb roślin lub świecą na czerwono, kiedy brakuje im wody. Jest to technologia, która znacznie ogranicza zużycie wody i z całą pewnością pozwala wyprodukować więcej ziół w mniejszym czasie. 









Dom Jutra wyposażony jest również w toaletę, łazienkę i pokój “aulę”, w której odbywają się wykłady. Większość mebli w tej kamienicy jest wykonana z recyklingowanego plastiku. Będąc już przy plastiku, chciałabym omówić kilka rzeczy, które moim zdaniem nie są idealne. Niestety, ale większość przedmiotów jest plastikowych. Jeśli chodzi o meble, mam pewność, że zostały wykonane z recyklingu. Jednak nie mam takiej pewności co do wszystkich doniczek i innych pojemników na kwiaty. Podobna sprawa ma się z elektroniką. Zioła rosną dzięki sztucznemu oświetleniu. Człowiek “doładowuje” się w pokoju, w którym wszystko zaprojektowane jest tak, aby czuł się, że jest na świeżym powietrzu. Szpilkę wbija również nagranie ptaków puszczone z głośników. Nie zrozumcie mnie źle, cały Dom Jutra i wszystkie te zabiegi, które zostały tam zastosowane, są bardzo miłe i relaksujące. Zimą i jesienią będzie miło położyć się na poduchach w “dziennym świetle” i posłuchać śpiewu ptaków, mimo wszystko jest to tylko imitacja prawdziwego życia. Najbardziej przykre jest to, że w czasach kiedy jakość powietrza jest coraz gorsza, temperatura coraz wyższa, a zamiast śpiewu ptaków, słyszymy szum samochodów, wykreowanie sobie natury w przyszłych domach jutra, będzie jedyną alternatywą. 


Gdyby jednak ktoś dał mi możliwość zamieszkania w domu jutra, nie zastanawiałabym się nawet przez sekundę. Kilka razy w moich postach wspominałam, że jestem mieszczuchem z krwi i kości. Życie na wsi, w głębi lasu, lub na jakimś odludziu, nie jest moim marzeniem. Kocham miasto i cieszę się, że jest alternatywa dla “rzucenia wszystkiego i zamieszkania w Bieszczadach”. 


Plastik nie jest też największym antagonistą w życiu każdego człowieka. Problemem jednak jest to, że nie potrafimy używać go z głową. Dom Jutra nie jest wolny od plastiku, ale z całą pewnością jest zastosowany tam mądrze. Jeszcze jedna rzecz sprawia, że ta kamienica stała się domem moich marzeń i jest to minimalizm. W całym Domu Jutra nie ma ani jednej zbędnej rzeczy. Mimo to dom nie wygląda na pusty, wręcz przeciwnie. Panuje w nim ciepło i prawdziwa domowa atmosfera. Marzę o tym, aby mój przyszły dom, miał jak najwięcej z Domu Jutra. 






Czytaj dalej »

wtorek, 23 czerwca 2020

PRANIE ZERO WASTE


Czytałam wiele postów na temat przygotowania własnego proszku do prania. Wystarczą trzy składniki, trzy minuty roboty i proszek gotowy. Szybki, tani i podobno skuteczny. Niektóre z babeczek, na blogach o tematyce ekologicznej, przekonują nawet, że proszek nadaje się do pieluch wielorazowych. Ja swoich latorośli jeszcze na ten świat nie sprowadziłam, ale w swoim życiowym dorobku osiągnęłam kilka koszul, spodni, bielizny w zestawie z regularnie pojawiającymi się plamami.

Do tworzenia własnych środków do prania byłam nastawiona bardzo pesymistycznie. Po pierwsze przerażały mnie te wszystkie nazwy. Później gdzieś przeczytałam o skutkach ubocznych boraksu. Następnie o tym, że wykonując proszek, należy mieć rękawiczki, ponieważ niektóre składniki mogą działać drażniąco. Nie wiem jak Wy, ale ja jak słyszę, że do czegoś trzeba ubierać rękawiczki, to tracę całkowicie zaangażowanie w produkcję czegokolwiek.

KULA ECOZONE

Dlatego dwa lata temu zainwestowałam w kulę piorącą marki ecozone. Kula jak na studenckie standardy jest cholernie droga. Zapłaciłam za nią coś koło 160 zł (teraz z tego, co widzę trochę potaniały). Taka kula starcza na 1000 prań, więc stwierdziłam, że na dłuższą metę wychodzi to całkiem korzystnie. Taki piorący wynalazek to plastikowa piłka, do której wrzucane są specjalne piorące granulki. Opakowanie papierowe, kula plastikowa, a dodatkowe granulki są zapakowane  w plastikową saszetkę. Czy jest to więc takie bezśmieciowe rozwiązanie?  No, tak sobie. Z kuli jednak byłam zadowolona. Przy każdym praniu wrzucałam ją do bębna pralki, kula robiła swoje czary-mary, pranie wychodziło czyste. Oczywiście nie pachniało mi to morską bryzą lub deszczową rosą na igłach świerku o sierpniowym poranku. Zapach jednak jest dla mnie całkowicie nieistotny. Ważne, że nic nie śmierdziuszyło. Kula jednak nie radziła sobie z większymi plamami lub krwią. Ostatecznie musiałam prać to ręcznie, szorując odplamiaczem w kostce.


ODPLAMIACZ W KOSTCE

Będąc przy odplamiaczu w kostce, dostałam kiedyś w sklepie darmową próbką. Odplamiacz z klareko, jaki trafił w moje ręce, to zdecydowanie najlepszy odplamiacz, jaki miałam. A miałam tylko jeden, więc moje porównanie nie jest może jakieś wiarygodne. Odplamiał jednak szybko, sprawnie i nie zostawiał po sobie smug i plam. Taki odplamiacz mam do tej pory i ratuje często to, czego proszek nie doprał.

PROSZEK DO PRANIA

Przez przypadek moją kulę zostawiłam w domu rodzinnym. W związku z tym postanowiłam w końcu zebrać się w sobie i przygotować proszek do prania. W internecie trafiłam na świetny artykuł, który uspokoił moje obawy co do boraksu - link. Zamówiłam więc składniki do wykonania własnego proszku. Wszystkie produkty kupiłam w opakowaniach kilogramowych. Środki chemiczne, które zakupiłam, są zapakowane w worki strunowe. Dla osób, które starają się jednak nie generować plastiku, istnieje możliwość zakupu tych produktów w szkle w drogerii ekologicznej. W innych sklepach online nie widziałam takiej możliwości.

Przyznam, że z chemii zawsze byłam absolutna noga. Oczami wyobraźni widziałam, jak wszystko wybucha mi w rękach, tak się na szczęście nie stało. Przygotowanie własnego proszku jest banalnie proste. Poniżej instrukcja.



Jak taki proszek się sprawdza? Podobnie jak kula piorąca. Ubrania są czyste, ale niestety nie radzą sobie również z większymi plamami. Nie zdarza się jednak często, żeby ubrania były tak silnie zabrudzone. Dlatego przepranie czasem czegoś odplamiaczem w kostce, nie jest dla mnie strasznie czasochłonne. Jednak przy większej ilości poplamionych ubrań (jak to może być przy dzieciach), pewnie moje chęci do dopierania, byłyby mniejsze.

PŁYN DO ZMIĘKCZANIA TKANIN

Dla mnie zapach i jedwabistość ubrań jest zupełnie zbędnym luksusem. Natomiast mój chłopak lubi, kiedy ubrania ładnie pachną. Na ratunek, przed jakimś zapachowym płynem ze sklepu, przyszedł mi kwasek cytrynowy i woda. Do słoika (w moim przypadku 330 ml) wsypuję 40 g kwasku cytrynowego. Taki płyn dodaję do prania (leję na oko). Ubrania nie są tak jedwabiście gładkie i tak pięknie pachnące, jak po użyciu sklepowego płynu. Mają jednak bardzo delikatny cytrynowy zapach i są milsze w dotyku. Następnym razem mam zamiar dodać kilka kropel olejku eterycznego, żeby zapach był jeszcze przyjemniejszy.


Jak więc to wszystko oceniam?

Proszek może nie jest najlepszym proszkiem na świecie, ale zdecydowanie szybko z niego nie zrezygnuję. W przypadku takiego domowego proszku mam stuprocentową pewność, co jest w jego składzie i jak to wpływa na mnie i środowisko. Proszek nie jest też drogi. Każdy ze składników nie kosztuje więcej niż 10 zł. Oznacza to, że mam 3 kg proszku za nie więcej niż 30 zł. Jest to cena całkiem zbliżona do tych sklepowych, ale jak powiedziałam wcześniej, przynajmniej mam pewność tego, co jest w środku.

Zdecydowanie najlepsze z zero wastowego prania jest kostka odplamiająca i płyn do zmiękczania tkanin. Przy takim trybie życia, jaki mam teraz, taki domowy proszek do prania daje rade. Nie wiem jednak, czy sprawdziłby się przy większych zabrudzeniach.

Mimo wszystko polecam spróbować i samemu się przekonać. Ja zamierzam przy nim zostać jak najdłużej.

 

 Podoba Ci się główna grafika? Zobacz profil Justyny: @bo.jczuk


Czytaj dalej »

środa, 10 czerwca 2020

CO MNIE IRYTUJE W ZERO WASTE



Ostatnio podzieliłam się z wami tym, co osiągnęłam dzięki zero waste. Dzisiaj chciałabym trochę pomarudzić i opowiedzieć o tym, co mnie irytuje. Nie ukrywam, że znalezienie wad zajęło mi o wiele mniej czasu. Chociaż odpowiedzialna za to może być moja mało optymistyczna natura, a nie wady jako takie.

GO HARD OR GO HOME

Ten punkt można przypisać chyba wszystkiemu, co robimy w życiu. Nie ważne, czy mówimy o ekologii, weganizmie, ćwiczeniach na siłowni. Zawsze i wszędzie trafi się grupa ludzi, którzy będą wytykać Ci błędy. Wszystko robisz źle i nie tak, jak życzy sobie ta druga osoba. A przecież tylko tamta osoba wie, jak powinno się żyć. Strach podzielić się jakimś odkryciem z innym, bo zaraz ktoś zarzuci, że przecież to wcale nie jest ekologiczne. Kiedy pokazujesz komuś sojowe kiełbaski, zaraz ktoś krzyczy, że są w plastiku. Jeśli kupisz mięso do własnego pudełka, to za chwilę ktoś się oburza, że mięso nie jest ekologiczne. O ile opinie obcych ludzi można zignorować, to śmieszkowania bliskich już nie. Gdybym dostawała złotówkę za każde: „taka pani ekologiczna jesteś, a robisz tak”, to byłoby mnie już stać na powiększony zestaw popcornu w kinie. Czasami myślę, że ludzie tylko czekają, żeby zobaczyć nas z plastikową butelką, aby triumfalnie wytknąć nam naszą hipokryzję.

OGRANICZAM SIĘ

Zdarza się, że zanim coś kupię, to chorobliwe długo podejmuje decyzję. Bywa tak, że po dwóch miesiącach rozmyślań, wychodzę z założenia, że jednak tego nie potrzebuję. Jednak przez te dwa miesiące obsesyjnie przeglądam stronę lub odwiedzam sklep, w którym jest dana rzecz. Analizuje godzinami, czy coś będzie mi potrzebne lub nie. Przeważnie decyzję podejmuje szybko, o sprawie zapominam i problem z głowy. Bywają jednak takie przedmioty, które nie dają mi spokoju.



WSZYSCY WIEDZĄ, ŻE TY WIESZ

Na samym początku było to dla mnie miłe. Ludzie wiedzieli, że interesuję się tematem ograniczania śmieci i często wysyłali informacje dotyczące środowiska. Wymieniali ze mną swoje spostrzeżenia i obawy, co było miło. Na dłuższą metę, jednak jest to męczące. Film o tym, jak ktoś maltretuje zwierzęta, jak gdzieś płonie nielegalne wysypisko śmieci lub artykuł o łamanych prawach ludzi uświadamia mi moją niemoc, która prowadzi do następnego punktu.

WIELKIE SMUTKI

Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. To chyba złota zasada życia. Im więcej czytam o przemysłowej hodowli zwierząt, globalnym ociepleniu, sytuacji pracowników w szwalniach oraz wpływie plastiku na naszą planetę, to mam najzwyklejszego doła. Czuję ogromną niemoc i smutek, że tak wielu ludzi ignoruje problem.

REPTYLIANIE I EKOLODZY W JEDNYM WORZE

To nie podstawówka i tutaj nikt mnie nie gnębi za moje wybory. Jednak głęboko pod skórą czuję, że ludzie się dziwnie patrzą. Kiedy mówię o ograniczaniu mięsa, śmieci i etycznych wyborach konsumenckich, niektórzy kategoryzują to jako „coś nienormalnego” i dają mi tę samą etykietkę, co ludziom wierzącym w płaską ziemię lub ludzkie jaszczurki mieszkające na naszej planecie.

Nie zawsze jest łatwo, ale korzyści płynące z zero waste są znacznie większe. Powyższe powody bywają męczące, ale nie przeszło mi przez głowę, żeby dla świętego spokoju wrócić do starych nawyków. O pozytywach płynących z ZW pisałam więcej tutaj. Mam nadzieję, że podzielicie się swoimi opiniami na temat tego, co was irytuje lub smuci.

 

 

 


Czytaj dalej »