czwartek, 20 września 2018

JAK SPAKOWAĆ SIĘ W GÓRY (PRAWIE) BEZ ŚMIECI

Kiedy skończyłam osiemnaście lat, moja przyjaciółka zabrała mnie w Tatry. Od tego czasu, jestem tam każdego roku. Tatry to miejsce, na które czekam cały rok. Nic nie smakuje lepiej niż ciepła herbata z rana w schronisku i nic nie jest lepszą nagrodą niż zimne piwo po długiej wędrówce z plecakiem. Wie to każdy tatromaniak 😉.




Jeśli chodzi o pakowanie, nauczyłam się brać jak najmniej ubrań. I tak większość przepieram w schronisku. Zabrałam ze sobą dwie bluzki na krótki rękawek, jeden sweter, legginsy, piżamę, kurtkę, czapkę i bardzo grube skarpety. Moją kosmetyczkę ograniczyłam również do minimum. Szampon w kostce, próbki mydeł w kostce, pastę do zębów, szczoteczkę, olejek do buzi, pomadkę ochronną. Z kosmetyków zrezygnowałam. Zaoszczędziłam sporo miejsca na ubraniach, więc resztę przestrzeni mogłam wypełnić jedzeniem.

Ubrania spakowałam do wielkiej torebki z organzy. Będzie mi służyć jako poduszka (takie 2w1). Bieliznę spakowałam do zwykłej plastikowej torebki, która ma już ładnych parę lat. Kosmetyki ograniczyłam do minimum.


Nie każde schronisko oferuje pyszne i dobre jedzenie (tylko Roztoka robi najlepsze jedzenie na świecie). Dodatkowo, jedzenie w schroniskach bywa bardzo kosztowne. Co najważniejsze, w schroniskach nie ma dużej oferty jedzenia roślinnego. Wykluczyłam ze swojej diety nabiał i jajka, dlatego schroniskowe menu nie szczególnie mnie poratuje. Musiałam zabrać ze sobą, jak najwięcej jedzenia, niestety nie wszystko dało się zrobić w wersji less westowej.

Mam jedną fasolkę w słoiku (stwierdziłam, że jednak jest to za mało i dokupiłam jeszcze taką w puszce), pastę do chleba, mus jabłkowy i miód również mam w szkle. Miód przelałam do mniejszego słoika, dzięki czemu nie będę produkować małych plastikowych pojemniczków miodu, które podają w schroniskach. Zrobiłam swoją własną mieszankę owsianki. Zapakowałam to do lnianego woreczka, dzięki czemu, nie musiałam kupować owsianek w saszetkach. Chlebek deseczki, udało się kupić w papierowym opakowaniu. Owoce i cytrynę kupiłam luzem. Niestety, na tym kończy się moja less westowa wyprawka. Herbatę mam w saszetkach, gorzką czekoladę w folii, orzechy nerkowca również w opakowaniu, pumpernikiel i krakersy w plastiku. Długo zastanawiałam się nad zupkami chińskimi. Nie jest to nic zdrowego, jednak w górach często mam ochotę na takie szybkie posiłki. 

Najważniejszą kwestią jest nawodnienie. Biorę ze sobą bidon plastikowy (jest lżejszy niż szklany). Pomijając aspekty ekologiczne, woda w schronisku jest ogromnie droga. Butelka wody kosztuje około 5-7 zł. Cena jest naprawdę przewrotna, dlatego w tym roku, większość osób zabiera ze sobą filtrujące bidony, dzięki czemu ograniczymy masę zbędnego i jednorazowego plastiku.

Jestem ciekawa, na jak długo starczy mi jedzenia i jakimi śmieciami zostanę zaskoczona w schroniskach. Aha, z plecakami wędrujemy od schroniska do schroniska. Nie zostajemy na cały tydzień w jednym miejscu, dlatego też nie wszystko mogłam zabrać w szkle. Zależy mi na środowisku. Jednak moje (niepołamane) plecy, to też całkiem ważna sprawa ;) 

A Wy jak ograniczacie śmieci w podróży? Bierzecie ze sobą czasem coś w plastiku, czy dzielnie działacie z opakowaniami wielkokrotnego użytku?

2 komentarze:

  1. No niestety nie zawsze człowiek może być last waste, ale ważne są starania, są takie wyjątki jak wyjazdy, że czasami ciężko zrobić wszystko super, myślę, że to kwestia czasu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Calkiem, całkiem się sprawdził ten mój prowiant na drogę. Najbardziej się cieszę ze słoika miodu, który ze sobą wzięłam i owsianki w we własnym woreczku, ograniczyłam masę jednorazowych opakowań. No i w tym roku tylko jedna czekolada na drogę, a nie jak zawsze milion batoników. Myślę, że w następnym roku uda się jeszcze bardziej ograniczyć śmieci :))

      Usuń