sobota, 6 czerwca 2020

5 RZECZY, KTÓRE DAŁO MI ZERO WASTE



Minęły trzy lata, od kiedy zobaczyłam reklamę WWF „Punkt krytyczny”. To właśnie wtedy praktycznie z dnia na dzień zmieniłam całkowicie swoje myślenie na temat ekologii i konsumpcjonizmu. Początki były trudne, bo przestawienie się z jednego nurtu myślenia na całkiem przeciwny, nie jest ani trochę łatwe. Popełniałam dużo błędów, a stare przyzwyczajenia ciągle we mnie są i wychodzą czasem na światło dzienne. Mimo wszystko przez te trzy lata zauważyłam całkiem miłe korzyści. Dzisiaj lista pięciu rzeczy, które zyskałam dzięki zero waste.

ODNALAZŁAM SWÓJ STYL

Zawsze podziwiałam smykałkę do mody swoich koleżanek. Sama natomiast nie umiałam w ogóle skompletować swojej garderoby w sposób mnie zadowalający. Temat może wydawać się błahy, ale to jak się ubieramy, może mieć duży wpływ na nas. Ja zawsze nosiłam ubrania przeciętne, nijakie i tak się w nich czułam. Za duże szare T-shirty, bluza i nieśmiertelne dziesięć lat temu rurki. Prób było sporo. Kupowałam często ubrania tanie i miernej jakości, które nie starczały nawet na rok. Czasem czułam się w tych moich „próbach” lepiej, czasem gorzej. Ograniczenie zakupów było silnie związane z tym, że przestałam podążać za trendami szybkiej mody. Inaczej spojrzałam na ubrania w swojej szafy i z czasem zaczęłam ograniczać jej nadmiar. Trwało to długo, ale w ostateczności zobaczyłam, w czym czuję się dobrze, a w czym nijako. Teraz 90% ubrań, które mam w szafie – jakby to powiedziała Marie Kondo – sprawia mi radość.

NIE CZUJE POKUSY KUPOWANIA

Zanim przeszłam na jasną stronę mocy, nie umiałam oprzeć się kupieniu nawet najmniejszej pierdółki. Wchodziłam do sklepu i kupowałam coś, żeby z czymś wyjść. Podobno sprawa miała się z aliexpress. Nigdy nie zamówiłam tam nic porządnego, zawsze jakieś gówienka poniżej jednego dolara. Długopisy, notatniki, naklejki. Wszystko to, co błyszczało i było tanie. Szczytem hipokryzji było jednak zamówienie tam wielorazowych słomek. Dzisiaj, kiedy mam większą świadomość śladu węglowego i warunków pracy, z jakimi mierzą się tamtejsi pracownicy, jedyne co mogę zrobić to spalić buraka. Moja pokusa kupowania spadła bardzo mocno. Czasami się jeszcze zdarzy jakiś przypływ zaćmienia, ale potrafię pojechać z kimś do Ikei i wyjść z pustymi rękoma (no dobra, z wege hot dogiem zawsze wychodzę, ale to się nie liczy).

UMIEJĘTNOŚĆ OSZCZĘDZANIA PIENIĘDZY

Kiedy zrozumiałam, że do życia nie są niezbędne wszystkie gadżety zero waste, a słoik mogę użyć jako kubek, bidon i pojemnik to status mojego portfela zdecydowanie zmienił rangę z cienki na mniej cienki. Nie ma co się dziwić, bo kiedy kupuje się mniej, to ma się więcej pieniędzy. Nie łapie się już na promocje typu „kup dwa produkty, trzeci otrzymasz gratis”.


CIĄGLE SIĘ UCZĘ

Upcykling, gotowanie z resztek, nowe potrawy, przerabianie starych ubrań, tego wszystkiego nauczyłam się, od kiedy myślę, jak marnować mniej. Pewnie dla wielu osób ze starszego pokolenia takie rzeczy to chleb powszedni. Ja urodziłam się w czasach, kiedy łatwiej jest wyrzucić i kupić nowe. Przez wiele lat nowy świat kształtował we mnie przekonanie, że tak powinno się robić. Reklamy karmiły mnie przeświadczeniem, że posiadanie znaczy o naszym jestestwie, a piękne dziewczyny z blogów beauty pielęgnowały moją niską samoocenę. Teraz robię to, o czym w idealnym świecie insta blogerek się nie mówi. Zamiast ekskluzywnego obiadu w restauracji, wybieram danie z resztek. Siecówki zamieniłam na lumpeksy. Stary T-shirt przerabiam na ścierki i włóczkę yarn. Możliwości jest wiele i z wszystkiego chętnie korzystam.

 

ZERO WASTE NIE MOŻE BYĆ NA PIERWSZYM MIEJSCU

W pierwszych miesiącach do idei ZW podeszłam bardzo fanatycznie. Zawsze miałam słomiane zapały, więc szybko wyszłam z założenia, że nie będę inwestować w nowe hobby, bo i tak nic z tego nie będzie. Przestałam rysować, dziergać i robić masę innych rzeczy, które sprawiały mi przyjemność. Nie będę przecież robić czegoś, z czego nie będę mieć pożytku. Gdyby rozdawać nagrody za najdurniejsze podejście do idei zero waste, to otrzymałabym złotego śmiecia. Po jakimś czasie wróciłam do dziergania, a z czasem zaczęłam inwestować w nowe rzeczy. W tym roku nauczyłam się haftować i zrobiłam pierwszą makramę. Efekt jest taki, że przy robótce, do kosza trafia sporo ścinków z muliny lub kawałeczków sznurka  – mówi się trudno.

 

Do idei zero waste podchodzę teraz całkiem inaczej niż te dwa, trzy lata temu. Bardzo łatwo popaść w radykalizm, co jest szkodliwe dla nas i naszego otoczenia. Może zabrzmi to dosyć górnolotnie, ale zawdzięczam bardzo wiele rozpoczęciu takiego stylu życia. Ja świata nie uratuję, rezygnując z foliowej reklamówki. Globalnego ocieplenia nie zatrzymam wielorazową słomką. Świadomy konsumpcjonizm jednak pomógł mi bardzo. Zasady zero waste były dla mnie jak wiadro zimnej wody. Gdybym nie zainteresowała się minimalizmem, etyczną modą, mniejszą produkcją śmieci, prawdopodobnie dzisiaj nie byłabym tak zadowolona ze swojego życia. Nie chcę jednak gloryfikować tak całkiem całej tej idei. Bardzo często całe zero waste wychodzi już mi bokiem. Jeśli chcecie zobaczyć, co mnie irytuje przeczytajcie ten wpis: klik

 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza